Cześć, dzieci!
Jestem Benek, wróbelek z miasta Jerycho.
Codziennie latam wysoko nad ulicami i widzę wiele rzeczy, a dziś chcę wam opowiedzieć pewną wyjątkową historię.
To historia o dobrym człowieku imieniem Bartymeusz.
Przy bramie miasta
Dawno, dawno temu, w moim mieście żył sobie staruszek o imieniu Bartymeusz.
Bartymeusz był bardzo dobrym człowiekiem, ale miał jeden wielki problem — nie widział. Był niewidomy od urodzenia.
W tamtych czasach niewidomi nie mieli pracy. Dlatego każdego ranka Bartymeusz brał swój kij i powoli, krok po kroku, szedł pod bramę miasta, stukając po kamieniach: stuk, stuk, stuk…
Siadał zawsze na tym samym pniu drzewa, a gdy ludzie wchodzili do miasta, wołał:
— Dzień dobry! Czy ktoś mógłby podzielić się ze mną chlebem albo monetą?
Wielu przechodniów mijało go, nawet nie spoglądając w jego stronę.
Ale nawet wtedy Bartymeusz nie przestawał być dobry. Zawsze mówił:
— Niech Bóg wam błogosławi dziś!
Czasem ktoś się zatrzymał — podrzucił mu monetę, kawałek chleba, albo nawet rybę. Niektórzy zatrzymywali się, żeby chwilę porozmawiać. Dzięki takim chwilom dobroci Bartymeusz mógł przeżyć kolejny dzień. A kiedy słyszał moje ćwierkanie, zawsze rzucił mi jakiś okruszek. Taki był Bartymeusz!
Mała przyjaciółka
Bartymeusz był jednak bardzo samotny.
Jedyną osobą, która przychodziła do niego codziennie, była mała dziewczynka o imieniu Jesi.
Jesi i jej rodzina również byli biedni, ale mama dziewczynki czasem dawała jej kawałek chleba, by zaniosła go staruszkowi.
— Dzień dobry, Bartymeuszu! — wołała Jesi zawsze wesoło.
— Dzień dobry, moja droga Jesi! Jak dobrze słyszeć twój głos.
A ja, wróbelek Benek, zawsze siedziałem na gałęzi nad nimi i ćwierkałem radośnie:
— Ćwir! Ćwir! Ale piękna przyjaźń!
Spotkanie z bogaczem
Pewnego dnia przez bramę przechodził bogaty człowiek.
Jego sandały błyszczały w słońcu, a ubranie było bardzo drogie.
Bartymeusz usłyszał ciężkie kroki i dźwięk bogatych sandałów stukających o kamienie.
— Panie, może miałbyś dla mnie drobną monetę? — zapytał z nadzieją.
Ale bogacz zatrzymał się i krzyknął złością:
— Dlaczego miałbym ci coś dawać? Jeśli jesteś ślepy, to znaczy, że zgrzeszyłeś przeciw Bogu!
I odszedł, tupiąc głośno po kamieniach.
Bartymeusz westchnął. Mógłby się obrazić albo zezłościć — przecież wiedział, że to nieprawda. Był ślepy od dziecka, a niemowlę nie może zgrzeszyć.
Ale zamiast tego tylko szepnął cicho:
— Niech Bóg i jemu okaże dobroć. Może on też jej potrzebuje.
Nadzwyczajny dzień
Pewnego dnia, gdy Bartymeusz siedział jak zwykle przy bramie, usłyszał gwar i hałas. Tłum ludzi nadchodził z drogi.
— Co się dzieje? — zapytał Bartymeusz.
Jesi wdrapała się na kamień i spojrzała dalej.
— To Jezus! Prorok Jezus idzie do miasta! — zawołała.
— Jesi, muszę się do Niego dostać! On może mnie uzdrowić! Pomóż mi! — poprosił Bartymeusz.
Dziewczynka próbowała prowadzić go przez tłum, ale ludzi było coraz więcej.
— Nie damy rady… — powiedział zmartwiony Bartymeusz.
Próbowali przejść przez tłum, ale było tak wielu ludzi, że nie mogli się przedrzeć.
Wtedy Jesi zaczęła wołać:
— Jezusie! Jezusie!
Bartymeusz dołączył do niej i razem wołali coraz głośniej:
— Jezusie, ulituj się nade mną!
Krzyczeli najgłośniej, jak potrafili, i machali rękami.
Niektórzy ludzie mówili:
— Cicho tam! Nie przeszkadzajcie!
Ale oni nie przestali.
A ja, Benek, też zacząłem ćwierkać z całych sił:
— Ćwir! Ćwir! Słuchaj ich, Panie Jezusie!
Spotkanie z Jezusem
I wtedy Jezus zatrzymał się.
Spojrzał w stronę, skąd dobiegały wołania.
— Przyprowadźcie tego człowieka do mnie — powiedział łagodnie.
Ludzie rozstąpili się i Bartymeusz, prowadzony przez Jesi, stanął przed Jezusem.
— Czego chcesz, abym ci uczynił? — zapytał Jezus.
— Panie, chcę widzieć — odpowiedział Bartymeusz drżącym głosem.
A Jezus uśmiechnął się i rzekł:
— Twoja wiara cię uzdrowiła.
W tej samej chwili oczy Bartymeusza otworzyły się. Po raz pierwszy w życiu zobaczył światło, ludzi, swoją małą przyjaciółkę Jesi i mnie, wróbelka Benka, który machał skrzydełkami z radości!
— Dziękuję Ci, Panie! — zawołał Bartymeusz z radością. — Zobacz, to jest Jesi. Bez niej nigdy bym Cię nie znalazł!
Jesi się zarumieniła, a wszyscy ludzie wokół uśmiechali się i klaskali.
Radość
I od tamtego dnia Bartymeusz widział wszystko — ale najbardziej widział dobro w ludziach.
Bo wiecie, dzieci…
Dobroć zawsze sprawia, że dzień staje się jaśniejszy, a wiara może przemienić nawet największy smutek w radość.
— Ćwir, ćwir! — to wam mówi wróbelek Benek. — Niech wasze serca zawsze świecą dobrocią, jak oczy Bartymeusza!