1. OCZEKUJĄCY
Czekanie nigdy nie jest bezruchem. Nieważne, czy czekamy na coś przyjemnego, czy też lękamy się tego, co nieuniknione — zawsze pozostajemy w napięciu, gotowi na to, co ma nadejść.
Czekanie to zwrócenie serca i umysłu ku temu, co ma się objawić, ku temu, co podtrzymuje naszą wiarę. Bo jeśli nie wierzysz, to nie czekasz. Bo wtedy nie masz żadnej nadziei.
Czekanie jest ziarnem, z którego wyrasta spełnienie. Jest czujnym natężeniem myśli.
I on taki był.
Oczekujący.
2. POWOŁANY
To, co jako pierwsze ukształtowało się na delikatnym zalążku maleńkiego ciałka w głębinach łona sędziwej Elżbiety, to były jego uszy. Delikatne muszelki na omszałej główce Nienarodzonego usłyszały pierwsze swoje wezwanie. Pierwsze, bo potem były kolejne. Lecz dla niego było ono tak pierwotne, jak tamto „Stań się!”, które rozbrzmiało w dniach stworzenia, gdy Głos przemówił w ciepłym powiewie i ziemia odpowiedziała życiem. Z wnętrza gleby wytrysnęły pnącza, miliardy nici zieleni, które oplatały wilgotną, miękką ziemię, zapowiadając nowy porządek istnienia.
I teraz ten sam Głos — potężny, stwórczy, łagodny — przemówił do niego. A on odpowiedział. Silnym wierzgnięciem, tak silnym, że powierzchnia brzucha jego matki niebezpiecznie w tym miejscu nabrzmiała, okazał swą gotowość, że chce już wyjść, stanąć w świetle Wołającego i wołać Jego głosem...
Przestraszona Elżbieta przycisnęła dłonie do brzucha. Od dawna wypatrywała tego pierwszego poruszenia, a zwłoka rodziła niepokój. Czy nie straci dziecka?
To prawda, że jest starą kobietą, to prawda, że jej mąż jest sędziwym człowiekiem. A jednak — czyż Bóg nie przekracza granic czasu i biologii? Czyż nie dał syna Sarze, gdy i nad nią lata dawno przeszły? Śmiała się Sara z niedowierzaniem, gdy usłyszała obietnicę, i wstydziła się później śmiechu niedowiarków. Teraz Elżbieta, jakby dziedzicząc to zawstydzenie, pod fałdami sukni ukrywała swoją radość... aż do dziś. Bo jej niepokój udzielił się Poczętemu, który z żądzy życia i działania poruszył się w jej łonie.
– Elżbieto…
Obejrzała się. W drzwiach domu stała jej młodziutka krewna, zarumieniona od szybkiego biegu przez wzniesienie, na którym stał dom wuja Zachariasza. Jej ciemne oczy, łagodne i czyste jak spojrzenie sarny, spotkały się z oczami Elżbiety — zmęczonymi, ale w tej chwili ożywionymi jakby nagłym impulsem, życiem, które wprowadza nowe soki w stare drzewo.
– Pokój temu domowi.
Wzrok Marii przesunął się z twarzy Elżbiety na jej dłonie, splecione wokół pulsującego gwałtownym poruszeniem brzucha. A więc to prawda, co mówił jej świetlisty posłaniec. El Kodesz, Święty i Wszechmocny, pobłogosławił domowi swego kapłana. Elżbieta spodziewa się dziecka.
Ogarnęła ją cicha radość. Skąd się wzięła? Sama nie wiedziała. Może dlatego, że nie czuła się już osamotniona w Bożym wybraniu? A może dlatego, że bała się własnego macierzyństwa, tego niespodziewanego, jeszcze nieoswojonego? A teraz, w tej jednej chwili, Elżbieta stała się jej bliższa niż matka. Pokrewieństwo krwi ustąpiło miejsca pokrewieństwu tajemnicy.
Elżbieta zamarła. Zaczęła rozumieć. Zaczęła czuć z niezmąconą pewnością, że oto stoi przed nią spełnienie Obietnicy danej prorokom. Że stoi przed nią ten Głos, wypowiedziany i przyjęty z całkowitą pokorą. Słodka świadomość spełniających się wyroków Bożych pochyliła ją ku ziemi. Dziewczyna skoczyła, by pomóc jej wstać, a wtedy z ust Elżbiety wypłynęły słowa, których sama jeszcze nie rozumiała:
– Błogosławiona jesteś między niewiastami. I błogosławiony owoc twojego łona. A skądże mi to, że matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto dziecię w moim łonie poruszyło się z radości, gdy tylko usłyszało twój głos. Błogosławiona jesteś, Mario, bo uwierzyłaś słowu Pana.
Zaskoczona dziewczyna chwilę milczała. Od trzech miesięcy jakby żyła w nierealnym świecie. Nie wiedziała, co bardziej jest rzeczywiste, światłość poranka, czy światłość Wysłannika Jahwe, słowa chazana w synagodze, czy słowa Zwiastowania, dotyk dzieży wypełnionej rosnącym ciastem, czy dotyk rozkwitającego w niej płodu... i w tym pomieszaniu słowa Elżbiety utorowały sobie drogę. I popłynęły: czyste, pewne, radosne.
Maria podniosła się. Jakby coś w niej pękło i chciało wydostać się na świat. Uniosła ręce i zaczęła śpiewać:
– Wielbij, duszo moja, Pana! — zawołała, a potem, jakby opamiętawszy się w swoim rozradowaniu ukorzyła ducha w służebnej uniżoności. Nie mogąc jednak powstrzymać fal radości wysławiała Boga, który wywyższa uniżonych i w tym bogactwie chwały i majestatu zaczęła pląsać. Tańczyła, a Elżbieta patrzyła na nią i widziała pląsającą na brzegu Morza Czerwonego Miriam, siostrę Mojżesza. I nie myliła się, gdyż właśnie nadeszło wyzwolenie. Prawdziwe wyzwolenie ludu Izraelskiego pod sztandarem Mesjasza, który miał się narodzić... I Maria — dzięki znakowi, jaki dała jej Elżbieta — po raz pierwszy, w głębi ducha, uwierzyła.
3. WYBRANY
Piasek z suchym chrzęstem przesypywał się między palcami stóp. Żar słońca palił niemiłosiernie, wysuszając skórę, która napinała się i kurczyła, wyciskając z porów słone krople potu. Jednak Jan, zatopiony w myślach, nie zwracał na to uwagi, po raz kolejny przeżywając sen z ubiegłej nocy. Sen był zbyt wyrazisty, zbyt głęboki, by nazwać go zwykłym majakiem. Gdyby ojciec jeszcze żył, pewnie poszedłby do niego po poradę...
Usiadł ciężko na jednym z pustynnych kamieni. Podniósł głowę i zamknął oczy. Wspomnienia przyszły natychmiast.
* * *
— Oto dom Boga między ludźmi, synu — powiedział łagodnie Zachariasz, zanurzając pieszczotliwie dłoń w miękkich włosach chłopca. Mały Jan wpatrywał się w Świątynię z niemym zachwytem. Gwar i rozgardiasz świątynnego dziedzińca zdawały się pokornieć wobec oślepiającej bieli świętych murów, stając się szaroburym dymem pełzającym między nogami pielgrzymów. Pielgrzymi zadzierali głowy wysoko, dumni, że mogą stanąć w cieniu obecności Wszechmocnego. Sprawy przyziemne odsuwały się w cień.
Minęli dziedziniec pogan, gdzie kupcy natarczywie nawoływali wiernych do większej ofiarności w składaniu darów, które oczywiście musieli! - nabyć właśnie u nich.
Jan zapatrzył się na gołębie. Podziwiał ich białą, łagodną uległość połączoną z wietrzystym furkotem skrzydeł. Dlaczego Najwyższy właśnie te stworzenia zapragnął na ofiarę? Może przez ich oczy jak paciorki, ufnie spoglądające na dłonie kupującego w oczekiwaniu na ziarno? Czy ta biel skrzydeł tak naznaczona niewinnością i czystością? A może głębokie, intymne gruchanie, pełne czułości i oddania? Czy to właśnie wzruszyło Boga?
Czemu więc ta ufność, niewinność i miłość miały iść pod kapłański nóż? Nie rozumiał tego. Pragnął otworzyć klatki, puścić wszystkie ptaki wolno, i patrzeć, jak białe chmury wzbijają się w niebo, ulotne i czyste. Czyż nie byłaby to dla Boga milsza ofiara?
Już miał o to zapytać ojca, gdy jego uwagę przykuła spór, jaki wiedli ze sobą siedzący pomiędzy krużgankami saduceusze. Temat nie był nowy, lecz odkąd pojawił się samozwańczy prorok, rozgorzał z nową siłą.
— Nie o takim mesjaszu pisze prorok Izajasz! — brodaty uczony wyrzucał słowa z zapałem, a jego broda falowała od wzburzenia. — Ten, który stworzył ziemię i niebo, wyraźnie określił rolę Mesjasza. Wzbudzi go w Swej sprawiedliwości i wyprostuje mu wszelkie drogi, by ten odbudował miasto i wypuścił pojmanych za darmo, bez okupu!
Chudy, blady uczony, gładzący w zamyśleniu strzępy siwego zarostu flegmatycznie odparł:
— Czemu więc ten sam prorok mówi o Mesjaszu, że będzie pojmany, a grób jego znajdzie się pośród bezbożnych?
— Lud, który chodzi w ciemności, nie zna prawdy — padła odpowiedź, ostra jak klinga. — Od pokoleń tkwimy w niewoli, bo nie wierzymy. Prawdziwy Mesjasz nie będzie cierpiącym barankiem, ale ptakiem drapieżnym, który wykona wolę Boga bez wahania!
Jan słuchał z podziwem, lecz i z niepokojem. Ich wiedza była wielka, ale zakłopotanie, w jakie wpędzali siebie nawzajem, zniechęcały. W sercu czuł, że wola Boga objawia się nie w zawiłych znakach i symbolach, ale w jasnej i prostej drodze. I wiedział, że jeśli ktoś taki nadejdzie, nie będzie kłopotu z jego rozpoznaniem.
Zatrzymali się przy bramie Przybytku. Zachariasz patrzył długo na świętą budowlę. Złote kiście winogron zwisające z kolumn połyskiwały w słońcu, jakby dzieliły ich zachwyt nad pięknem uczynionym na chwałę Boga. Po dłuższej chwili milczenia ojciec nachylił się nad synem i rzekł łamiącym się ze wzruszenia głosem:
— Niedługo ty sam przygotujesz się do służby kapłańskiej. Będziesz głosem Najwyższego. Będziesz Sługą, o którym prorokował Izajasz – tym, który poprzedzi chwałę Pana.
Weszli do komnaty przylegającej do Świętego Przybytku. Jan nie rozumiał wielu porównań, jakie używał ojciec. Wiedział, że Mojżesz potrzebował Aarona jako swego Głosu, sam jednocześnie będąc Głosem Elohim. Ale jak Bóg może użyć go jako narzędzia? Czy stanie obok niego i będzie mu szeptał do ucha? A może wystarczy, że jak ojciec, będzie brał zwój księgi i wykładał Słowo Boże?
— Ojcze, jaka jest wola Elohim względem swego sługi? — zapytał nieśmiało. Nie potrafił przyjąć tej roli. Jeszcze nie.
Zachariasz rozwinął zwój. Wskaźnik w formie palca, rzeźbiony w kości słoniowej przesuwał z namaszczeniem po hebrajskich znakach:
— „Wyjdź na górę wysoką, zwiastunie dobrej nowiny! Podnieś głos, nie bój się! Mów: Oto wasz Bóg!Oto Wszechmocny Pan przychodzi z mocą, jego ramię włada. Jak pasterz będzie pasł swoją trzodę, jagnięta zbierze na ramiona, na łonie je poniesie...”
Zwinął fragment, po czym odczytał kolejny:
— „Ja, Pan, powołałem cię w sprawiedliwości, ująłem cię za rękę, uczyniłem cię światłością narodów. Otworzysz oczy ślepym, wyprowadzisz więźniów z ciemności.”
Każde słowo spływało jak oliwa, koiło i rozjaśniało serce. Zachariasz spojrzał na syna z dumą, jak ogrodnik na dojrzewający owoc. Obietnica jego narodzin, cuda, które temu towarzyszyły, mówiły jasno: Jan jest tym wybranym. Więcej — przewyższy proroków, bo ujrzy Tego, którego oni tylko zapowiadali.
Sięgnął po kolejny zwój:
— „Słuchajcie mnie, wyspy, uważajcie, dalekie narody! Pan powołał mnie od łona matki. Uczynił me usta ostrym mieczem. Rzekł do mnie: Jesteś moim sługą, przez ciebie się wsławię.”
Tu głos Zachariasza zadrżał:
— „Lecz ja pomyślałem: Na próżno się trudziłem... daremnie zużyłem siły...”
Zamilkł. Dalszy tekst na tyle zburzył jego pewność i zachwyt nad przepowiedzianą misją Jana, że przezornie zaniechał czytania. Odłożył zwój na półkę. Jan patrzył w milczeniu, oczekując komentarzy, ale Zachariasz tylko podszedł do lampy stojącej w rogu. Przez chwilę wpatrywał się w jej płomień. Gdy znów spojrzał na syna, uśmiechnął się łagodnie:
— Podejdź tu, Janie. Widzisz tę lampę? Ma wszystko, czego potrzeba, by świecić. Ale czasem zaczyna gasnąć, a winny jest temu knot. Gdy zbyt długo pali się w tym samym miejscu, tworzy się przypalona otoczka. Wtedy trzeba ją przyciąć. O tak.
Wziął srebrne nożyce, przyciął knot, a płomień od razu rozbłysnął mocniej.
— Lampa to lud Boży. Knot to Prawo. Prawo sprawia, że świecimy między narodami. Ale gdy staje się martwą literą, gdy otula się tradycją i dyskusjami, wtedy gaśnie światłość. W takim przypadku trzeba odciąć to, co zwęglone. Ustalić, co Boże, a co ludzkie. I żyć według Prawa, bardziej słuchając Boga, aniżeli ludzi.
— A ci, którzy tworzą tradycję? Nie kochają Boga?
— Ależ skąd, mój synu, kochają Go szczerze! Ale ich gorliwość jest nierozumna. Nie oparta na Jego miłości do nich, lecz na ich własnej do Niego.
— Jaka to różnica?
— Widzisz, synu - Zachariasz usiadł ciężko na krześle i przygarnął do siebie Jana. - Miłość Boża w porównaniu z miłością człowieka, jest jak światło lampy w ciemności. Miłość Boża to światło. Ciemność nie ogarnia światłości – przeciwnie, to światłość pochłania ciemność. Człowiek, który trwa przy swojej miłości, zamiast pozwolić się pochłonąć Bożej, pozostaje w półmroku. I tak rodzi się zwęglony knot...
Tę lekcję Jan zapamiętał na zawsze. I od tamtej pory wiedział, że ma głosić żywą miłość, a nie martwe prawo. Miłość, która nie tłumi, lecz rozpala. Miłość, dla której warto torować drogę.
4. WIDZĄCY
Sen!
Ten sen zerwał go z posłania w środku nocy, napełniając serce niepojętym lękiem. A przecież nie było w nim nic, co mogłoby wzbudzić trwogę.
Pamiętał, że stał nad brzegiem przepaści, a w dole pod nim kipiał bezkresny ocean. Wody huczały, uderzając o skały pianą. Nagle poczuł nieodpartą ochotę, by zanurzyć się w tej wodzie, by prądy opływały mu ramiona, a oczy wypełnił błękit głębiny. Ponad wirującą tonią wiatr kręcił spirale ciemnych chmur.
Pomyślał, że zaraz spadnie życiodajny deszcz i już miał wyciągnąć przed siebie dłonie, by złapać pierwsze krople, gdy nagle niebo rozdarło się jak zasłona, a kaskada światła oślepiła go swoim blaskiem. Zasłonił twarz ramieniem.
— Janie...
Znów Ten Głos!
Ten sam, który milczał przez lata. Ten, który po śmierci ojca poprowadził go ku pustkowiu, by uczył się przetrwania pośród skał i ciszy Judzkiej Pustyni. Teraz znów przemówił. Przedarł się przez opary snu, sam snem nie będąc i postawił w czujności jego umysł.
Jan znieruchomiał. Ciało jego stężało niczym głaz, na którym stał. Uchylił powieki.
— Mów, Panie, sługa Twój słucha...
Cisza sączyła się ze strumienia światła, ścierając się z wiatrem, który huczał w przepaści. Jasność mocowała się z ciemnością, ale Jana ogarnął dziwny spokój.
Wiedział, że nadchodzący zmierzch nie zwycięży światła, przeciwnie, światłość przeniknie ciemność, bo w niej jest życie dane od Wszechmocnego. Wyciągnął rękę i zanurzył ją w złocistym blasku.
We wnętrzu dłoni blask zaczął się scalać, przybierać białopióre kształty, aż w końcu Jan stwierdził ze zdumieniem, że trzyma w ręku białą gołębicę.
Jej ciche gruchanie z chwili na chwilę stawało się coraz bardziej zrozumiałe.
— Prawdziwa Światłość, która oświeca każdego człowieka przyszła na świat — usłyszał. — Powołałem cię, abyś zaświadczył o Światłości, by wszyscy dzięki tobie uwierzyli.
— W co mają uwierzyć...? — zapytał bezradnie. Nie rozumiał, o jaką Światłość chodzi. Czy o tej, która właśnie teraz spływa na jego dłonie?
— Ujrzysz Tego, na którego Duch zstępuje i na Nim spocznie. On będzie chrzcił Duchem Świętym.
To wszystko.
Żadnego wyjaśnienia, żadnego pouczenia.
Gołębica z furkotem poderwała się i zniknęła w strumieniu światła.
A Jan obudził się niespokojony, gdyż jego misja stała się bardziej niezrozumiała, niż wtedy, gdy wyruszał na pustynię...
* * *
Schylił głowę, przekraczając próg domu pakida Symeona ben Jaira, nadzorcy wspólnoty, w której spędził ostatnie trzy lata. Przybrany syn Symeona podbiegł z dzbanem i nalał do miski strumień migotliwej wody.
Jan zanurzył ręce i trzy razy wznosił dłonie, by woda oczyszczenia spłynęła mu aż do łokci. Potem wytarł ręce haftowanym ręcznikiem i usiadł naprzeciw gospodarza.
— Co cię sprowadza, Janie, synu Zachariasza? — zapytał Symeon, odkładając rysik i zwój, na którym pracowicie kopiował święte pisma. Zsunął chustę z głowy i dał znak chłopcu, by zostawił ich samych.
Jan zawahał się. Czy powinien mówić od razu? Czy może najpierw poprowadzić starego mędrca ścieżką swych nocnych rozważań? Spojrzał w jego ciemne oczy — mądre, łagodne — i postanowił nie zwlekać.
— Symeonie, ojcze mój... — zawołał z głębi serca. — Wiesz, jak jestem wam wdzięczny, że przyjęliście mnie pod swój dach, za chleb, za naukę. Przyjęliście mnie życzliwie, choć nie stałem się jednym z was...
— Twój ojciec, oby Pan obdarzył go wieczną radością na łonie Abrahama, prosił, byśmy nie zapomnieli o twoim powołaniu — przerwał mu Symeon. — Znamy opowieść o twoim narodzeniu i znakach, jakie wtedy objawił Bóg miłosierny.
Jan pochylił głowę. Znów stanęły mu przed oczyma historie, jakie mu przekazano: o starcach, którzy długo czekali na dziecko; o Zachariaszu, któremu objawił się posłaniec Boży w świątyni i obwieścił narodziny proroka poprzedzającego Mesjasza. A gdy kapłan zwątpił — odebrano mu głos, by pierwsze słowa, które wypowie, były hymnami chwały i pokornej radości z wypełnienia się proroctwa.
— A ty, dziecię, prorokiem Najwyższego nazwane będziesz — mówił wówczas Zachariasz, unosząc niemowlę, które nie nosiło jego imienia ani imienia jego przodków, lecz imię nadane mu przez anioła.
Bo Jan od chwili poczęcia nie należał już do rodu Zachariasza, ale był posłańcem Jahwe, oczekującym na wezwanie.
I teraz to czuł: wezwanie właśnie nadeszło.
— Ojcze Symeonie — splótł dłonie, próbując uspokoić myśli. — Tej nocy otrzymałem rozkaz od Najwyższego. Muszę opuścić wasz dom i udać się ku brodom Jordanu. Tam mam ogłosić nadejście Mesjasza.
Symeon drgnął i spojrzał na Jana uważnie. Zbyt wielu widział samozwańczych mesjaszy, którzy porywali lud do krwawych, daremnych buntów. Choć jego wspólnota na co dzień żyła w ciszy i w spokoju, wielu skrycie marzyło, by powstać i pod sztandarem posłańca iść ku zwycięstwu.
— Opowiedz mi, co ci się śniło — poprosił ostrożnie.
Jan ze szczerością opowiedział swój sen, a w miarę jak mówił, sen stawał się dla niego coraz wyraźniejszy.
— Mam głosić chrzest upamiętania na odpuszczenie grzechów — mówił, patrząc w błękit za oknem. — Skrucha przygotuje serca na przyjście niezwyciężonego Wodza, który poprowadzi lud ku przeznaczeniu.
— Wiesz przecież, że to lud twardego karku — westchnął Symeon. — Wielu zaprzedanych jest Rzymowi, wielu kocha swoje wygody. Jak chcesz poruszyć ich serca?
— Nie ja będę ich poruszać, lecz Pan — odparł stanowczo Jan. — Nie wiem jeszcze, co mówić, ani jak działać. Ale wiem, że gdy On przyjdzie, ochrzci nas Duchem Świętym.
— A jak rozpoznasz Mesjasza? Czy będzie jaśnieć niczym zorza? Czy grom będzie w jego dłoniach?
— Nie, ojcze. Rozpoznam go, gdy Duch Pański spocznie na nim.
Symeon długo spoglądał na niego z troską. Jakkolwiek znał proroctwa, młodzieńczy zapał Jana przyprawiał go o niepokój.
— Idziesz do świata pełnego grzechu, a grzech jest jak zaraza. Co uczynisz, by nie zaprzepaścić misji?
Jan uśmiechnął się łagodnie.
— To, czego mnie nauczyliście, umiłowania prawa, czystości, prawdy — to będzie moją tarczą. Marność tego świata nie pociąga mnie. Jedynym zyskiem człowieka jest upodobanie w Prawie Pańskim. To będę głosić i tego się będę trzymać.
Symeon westchnął z ulgą. Skinął, by Jan uklęknął i złożywszy dłonie na jego kędzierzawych, nie dotkniętych brzytwą włosach, wyszeptał słowa błogosławieństwa.
A gdy Jan wyszedł, by przygotować się do drogi, pakid długo jeszcze wpatrywał się w zwój, który przepisywał.
Słowa, które przeczytał, zadrżały w jego ustach:
„Ludu na Syjonie, nie będziesz zawsze płakał. Na pewno okaże ci łaskę na głos twojego wołania. Gdy tylko usłyszy, odezwie się.
A choć Pan dał wam chleb niedoli i wodę ucisku, nauczyciel twój nie będzie się więcej ukrywał. Oczy twoje go ujrzą.
A gdy będziecie chcieli iść w prawo albo w lewo, uszy wasze usłyszą głos: To jest droga, którą macie chodzić!”
5. WOŁAJĄCY
— Już siekiera do korzenia drzew przyłożona! — grzmiał głos ponad tłumem zgromadzonym nad leniwie płynącym Jordanem. — Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, zostanie wycięte i wrzucone w ogień!
Ryk przepędzanego przez bród bydła i chlupot wozów ciągnących po mokrym dnie mieszały się z gwarem podekscytowanego ludu, zebranego wokół młodego kaznodziei. Obserwowano go bacznie, półgłosem komentując jego surowy ubiór z wielbłądziej sierści, szeroki, skórzany pas i długie, nazirejskie włosy. Czyżby Eliasz zmartwychwstał?
Faryzeusze, zaniepokojeni nowym głosem, który mógł wzniecić niepokój, wysłali swoich ludzi, by przyjrzeć się temu człowiekowi z bliska. To oni pierwsi zadali pytanie, które nurtowało wszystkich:
— Kim jesteś i w czyim imieniu przemawiasz?
Jan przyjrzał się stłoczonej grupie przybyszy. Ich dumne, wyniosłe postacie kryły w sobie twarde, nieustępliwe serca. Nie przyszli pokutować. Zbyt drobiazgowo przestrzegali ustaw starszych, by czuć potrzebę łaski. Wspierani autorytetem uczonych w Piśmie, unosili głowy wysoko, domagając się jasnej odpowiedzi.
— Plemię żmijowe! — Jan gniewnie wycelował w nich palec, a jego głos przebił się przez zgiełk. — Kto wam poddał myśl, by uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydawajcie owoce godne upamiętania, bo inaczej ogień was dosięgnie, przeznaczony dla grzeszników!
— Czy ty jesteś Mesjaszem? — nie ustępowali wysłannicy. — A może Eliaszem? Albo innym prorokiem?
— Jestem Głosem, który woła na pustyni — odparł Jan. — Prostujcie drogi Pańskie! Nadchodzi Ten, który ma wiejadło w ręku i przesieje naród, jak się przesiewa ziarno. I nie mówcie sobie: „Ojcem naszym jest Abraham.” Powiadam wam, że Bóg może i z kamieni wzbudzić dzieci Abrahamowi!
Zmrok zapadał i fioletowym granatem pokrywał łąki wokół Jordanu. Poruszeni przemową ludzie powoli rozchodzili się do domów. Zostali tylko ci, którzy szukali w życiu czegoś więcej niż srebrnych ryb w trzepotliwych sieciach, zamienianych potem na równie srebrny, jak i trzepotliwy pieniądz. Ci stali się uczniami Jana. Dzielili z nim nie tylko wiarę, ale i twarde legowisko na spieczonej ziemi, udręczonej twardymi butami najeźdźców. W proroczych słowach szukali nadziei, że może już dziś, może jutro objawi się Zbawiciel i poprowadzi ich ku zwycięstwu, ku wywyższeniu Izraela ponad pogańskie ludy.
Zanurzali się w wodzie, zmywając z siebie grzechy, ale Jan nie dawał im wytchnienia:
— Ja chrzczę was wodą ku upamiętaniu — wołał. — Lecz Ten, który idzie po mnie, jest mocniejszy niż ja. Jemu nie jestem godzien i sandałów nosić. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem!
Słowa te były niezrozumiałe, a przy wieczornych ogniskach szeptano o nich z niepokojem. Jak można chrzcić ogniem? Przecież ogień, który strawił Sodomę nie był zbawieniem, lecz zagładą. A chrzest Duchem Pańskim? Czyżby miał zstąpić na wszystkich, jak kiedyś na Mojżesza i starszyznę Izraela?
Mijał czas. Jan przemierzał okolice Jordanu, a ludzie ciągnęli do niego tłumnie. Było ich tak wielu, że musiał powołać uczniów do pomocy. Przybywali starcy, skruszeni i wyznający winy; młodzieńcy z oczami płonącymi wiarą; żołnierze Heroda, chcący zmyć z siebie poczucie winy za rozlewaną krew. Tych ostatnich Jan przestrzegał, by nie nadużywali swej władzy. Celników, znienawidzonych za współpracę z Rzymianami, napominał, by nie pobierali więcej, niż prawo przewidywało.
— Nauczycielu — zapytał Andrzej, młody rybak, który wraz z bratem Piotrem przyłączył się do wspólnoty. — Po czym poznamy Mesjasza, gdy już się pojawi? Czy mamy ćwiczyć się w walce?
— Nie wasza to rzecz znać czas i miejsce - skarcił go spojrzeniem Jan. - A ćwiczyć macie jedynie serca, by być gotowym na przyjęcie Królestwa Bożego. Miłuj Boga z całego serca i bliźniego jak siebie samego. Tak jest napisane! Oczyść umysł i ducha, oddziel ziarno pokoju od plew nienawiści. Inaczej Pan zbierze plon do swych spichlerzy, a plewy spali w ogniu nieugaszonym.
Andrzej spuścił głowę i oddalił się w milczeniu. W grupie na nowo wybuchła cicha dyskusja, pełna napięcia i pytań, których nikt nie odważył się głośno wypowiedzieć.
Jan kończył posiłek, patrząc na zbierający się tłum. Czas ruszyć, Jordan nadal płynie, a dusz do oczyszczenia przybywa. Na horyzoncie zbierały się chmury — ciężkie, ciemne, zwiastujące deszcz tak potrzebny wyschniętej ziemi.
I wtedy drgnął.
Coś go poruszyło, jakby niewidzialna nić pociągnęła jego wzrok ku postaci, która właśnie przemierzała bród. Miarowy chlupot wody, rozgarnianej silnymi łydkami przebijał ponad gwar tłoczącego się ludu. Jan potrząsnął głową i spojrzał uważniej. Nie, to tylko cieśla, wiór tkwiący za uchem nie pozostawiał wątpliwości. A jednak serce waliło mu w piersi, a gardło wyschło, jakby zabrakło mu tchu.
Poderwał się na nogi. Postać zbliżała się, jakby jaśniejąc i blaskiem pogrążając ludzi stojących na brzegu w zacierającej wszystko ciemności... Czy to On?
Przetarł oczy, by odzyskać zdolność ostrego widzenia. Czy to naprawdę ten Oczekiwany?
Jasne oczy były już blisko niego, patrzyły z ciepłym uśmiechem.
— Ty jesteś Jan, który chrzci lud ku odpuszczeniu grzechów? — zapytał mężczyzna.
Jan z trudem odzyskał głos:
— Tak. Przygotowuję lud na przyjście Zbawiciela.
— W takim razie i mnie ochrzcij.
Stężałe mięśnie sprawiły, że Jan z trudem uczynił krok. Tylko jeden, na więcej nie starczało mu sił. W czystym spojrzeniu cieśli nagle ujrzał ogrom swojego grzechu, dumę wynikającą z powołania, pychę ponad ludźmi, którzy traktowali go jak kogoś szczególnego, a kim on naprawdę był? Echem Głosu, który dopiero miał przemówić.
— To ja powinienem być ochrzczony przez ciebie — wychrypiał. — Jak możesz przychodzić do mnie?
— Jesteś tym, który godzien jest wypełnić sprawiedliwość. Moja misja się rozpoczyna, Janie. Ochrzcij mnie tak, jak ci to Pan polecił.
Światłość znikła. Przed Janem stał człowiek odziany w skromną szatę, niczym nie wyróżniający się spośród innych. Jan rozejrzał się: nikt nie zwrócił uwagi. Uczniowie rozmawiali, lud się tłoczył, a Jordan z chlupotem rozbijał swe fale o brzeg. Jan chciał krzyczeć, by wyrzucić z siebie nagromadzoną emocję, ale człowiek stojący obok spokojnym spojrzeniem zachęcał go do wejścia w nurt rzeki.
Czy to tylko zmęczenie? Złudzenie? Może to rzeczywiście jeden z tych, którzy pragną nawrócenia?
Wszedł do wody, a cieśla podążył się za nim.
— Panie - modlił się Jan w duchu. - Czy to Ten, który miał przyjść? Światłość, o której miałem świadczyć?
Ciemne chmury, które od dłuższego czasu zbierały się nad nimi, zasłoniły słońce, by po chwili wyrzucić z siebie strugi deszczu. Ludzie na brzegu krzyknęli, rzucając się do ucieczki. Tylko Jan i cieśla pozostali, zanurzeni po pas w rozbijanej kroplami deszczu wodzie, osamotnieni, mrużąc oczy przed chluszczącym deszczem.
— Jestem grzesznym człowiekiem! — zawołał Jan. — Jeśli jesteś Tym, który ma przyjść, to ty powinieneś mnie chrzcić!
— Podlegamy temu samemu prawu — zawołał Jezus przez szum nawałnicy. — Musimy uczynić, to, co nam jest przeznaczone, Janie.
Poddał się. Objął szczupłą postać i nagłym ruchem zanurzył w wirującej wodzie. Deszcz zalewał mu oczy, łapczywie chwytał powietrze.
— Chrzczę cię na odpuszczenie grzechów. Bądź oczyszczony! - zawołał i wynurzył jego ciało z wody.
I wtedy — niebo się rozdarło. Przez otwarte niebiosa runął słoneczny promień i objął ich pożogą. I tak jak we śnie, ze strugi światła wynurzyła się gołębica i spoczęła Jezusowi na ramieniu. Jan przerażony cofnął się, omal nie tracąc równowagi. A z gruchania ptasiej wizji wydobył się mocny, dobitny Głos:
— Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie.
Wizja znikła. Ulewa ustała. A Jan nadal stał w wodzie, niezdolny się poruszyć, gdy Syn Boży opuścił Jordan i zniknął za wzniesieniem, by rozpocząć swoją misję. Stał, ociekając wodą i z trudem docierało do niego, że jego sen — właśnie się wypełnił.
6. POJMANY
Zbliżał się wieczór. W sali jadalnej rozstawiono stoły, na których służące nakryły do wieczerzy, lecz Herod Antypas nie miał dziś apetytu. Od kilku dni dręczyły go bóle żołądka, przez co patrzył na wykwintne potrawy z niechęcią — w przeciwieństwie do Herodiady, która łapczywie zajadała baranią pieczeń, trzymaną w wypielęgnowanej dłoni. Tłuszcz ściekał jej po palcach żółtawą mazią aż po bransoletę dźwięczącą przy każdym odrywanym mocnymi zębami kęsie. Uroda, która niegdyś pociągała tetrarchę, zatarła się pod fałdami otyłego ciała.
Wysoka, górująca nad nie tak niskim Herodem, teraz była masywna, szeroka w ramionach i biodrach, niczym krowy Baszanu, które z ironią opisywał prorok Amos. Złote łańcuchy zakrywały jej obfitą pierś, wypiętą pod ciężką, szkarłatną suknią haftowaną złotymi nićmi. Herod patrzył na nią przez chwilę usiłując pojąć, co takiego pociągało go w kobiecie, że dla niej oddalił córkę króla Nabatejczyków?
Owszem, tamtego dnia, gdy zobaczył ją pierwszy raz na uczcie u brata, Filipa, gotów był uczynić wszystko, by ją posiąść. Nawet porwać ją i poślubić. Zresztą, sama Herodiada skłaniała się ku temu. Gdy tylko dotarł do niej sygnał, że straż Antypasa czeka za bramą, spakowała pospiesznie dobytek, zabrała Salome i w ukrytym wozie wyruszyła ku Galilei.
Dlaczego to zrobiła? Z pewnością nie z miłości. Rudobrody, z lekka łysiejący tetrarcha, który w zdenerwowaniu plątał język i jąkał się, nie należał do uwodzicieli. Raczej przyciągał ją jego tron i wpływy w Cesarstwie. Filip Boethos, pierwszy mąż Herodiady, był zaledwie cieniem swego ojca. Wydziedziczony tuż przed śmiercią Heroda Wielkiego, nie miał ani siły przebicia, ani ochoty na walkę. Osiadł w Rzymie, gdzie czas trwonił na ucztach i zabawie. Ambitna Herodiada miała inne plany. Czekała na okazję, by zmienić swój los. I oto nadarzyła się — gdy Herod Antypas, wezwany do Tyberiusza, zjawił się również na rodzinnej uczcie.
Dowiedziawszy się, że zarządza Galileą i Pereą, zaczęła go adorować. Kusiła nie tylko urokiem Rzymu, lecz i własnym ciałem. Nie obchodziło jej, że w dalekiej ziemi czekała na niego żona, ani że jej własny mąż przygląda się z boku tym umizgom. Królewski tytuł był dla niej ważniejszy. Świadomość, że może być królową, rozpalała jej serce.
Herodiada wiedziała, jak uwodzić i robiła to skutecznie. Herod poślubił ją, nie zważając na szemrania ludu, ani na polityczne konsekwencje zerwania sojuszu z królem Aretasem IV.
Była piękna — kiedyś. Dziś stała się solą w oku Judejczyków. Nie dość, że była córką brata, zamordowanego przez Heroda Wielkiego w jednej z jego paranoicznych czystek, nie dość, że pochodziła z rodu Hasmoneuszy — kapłańskiego, splamionego współpracą z Rzymem — to jeszcze jawnie dopuściła się cudzołóstwa. Opuściła męża dla stryja. I to wszystko działo się na oczach narodu.
– Podaj mi wino – rzekła nagle Herodiada, wyrywając Heroda z zamyślenia. Sięgnął posłusznie po dzban i napełnił jej kielich. Unikał z nią sprzeczek — znał jej gniew, jej potok narzekań, gdy coś nie szło po jej myśli. Wolał milczeć. Ona także nie wtrącała się w jego politykę. Przynajmniej nie otwarcie. Dziś jednak, zaniepokojona tym, co usłyszała wśród służby, postanowiła działać.
Znała szepty ludu, słyszała, jak skrycie ją potępiają. Ale teraz ktoś ośmielił się mówić głośno. Jakiś brudny wieśniak znad Jordanu, otoczony przez tłum równie brudnych wyznawców, potępił ją publicznie. Nie byłoby w tym nic groźnego, gdyby nie to, że ludzie zaczęli wierzyć, że to prorok. To już nie szept. To niepokój.
– Panie mój – zwróciła się do Heroda. – Słyszałeś o tym nowym proroku, co zbiera tłumy nad Jordanem?
Herod przymknął powieki. Po chwili kiwnął głową.
– Tak. Słyszałem. Podobno nawraca ludzi do Boga, kąpiąc ich w rzece.
– Jeśli nawracaniem nazywasz publiczne występowanie przeciwko nam, to rzeczywiście idzie mu świetnie – odparła z sarkazmem, kryjąc lęk.Herod wstał. Zaplótł dłonie za plecami i zaczął nerwowo krążyć po sali.
– To tylko jeden z esseńczyków. Byli nam przychylni – próbował zbagatelizować sprawę.
– Byli – podchwyciła. – Ale przestali, odkąd sprowadziłeś mnie na dwór.
Herod wzdrygnął się. Już chciał odpowiedzieć, że właśnie od tego zaczęły się jego kłopoty, ale ugryzł się w język. Wiedział, że niewiele potrzeba, by wybuchła. Milczał. W końcu stanął przed nią:
– Czego chcesz?
– Każ go zabić! – syknęła, zrywając się gwałtownie z miejsca. Herod cofnął się, potrząsając głową.
– Nie mogę. Ma zbyt duże poparcie.
– Więc czekasz, aż będzie miał dość siły, by targnąć się na twój tron?
– Mówisz głupstwa, jak każda kobieta. Po co prorokowi tron?
– A tyś zapomniał o proroctwie sprzed lat? Że narodzi się nowy król żydowski? Skąd masz pewność, że on tego nie wykorzysta? Że nie ogłosi się królem?
Heroda przeszył chłód. Od lat dręczyło go to proroctwo. Nie mógł spać spokojnie, gdy o nim myślał. Ale zabijać Jana? Nie, tego nie chciał. Nie przyznał się Herodiadzie, że od dawna śledzi działania proroka znad Jordanu. Że jego słowa go fascynują. Że była w nim siła, jakiej Herod nie miał. Ale śmierć? Nie. Lepiej uwięzić go.
Zamyślił się, szarpiąc palcami poły szaty. Tak, to jakieś rozwiązanie. Lud się uspokoi, prorok zamilknie, a on będzie mógł z nim porozmawiać. Może przekona go, by uczynił cud. Może zyska w nim sprzymierzeńca?
– Nie zabiję go – rzekł wreszcie. – Ale każę uwięzić go w Macheroncie. Tam nie zbierze już tłumów. Tam nikt go nie usłyszy.
Herodiada zacisnęła szczęki. Miała protestować, ale powstrzymała się. Zmarszczone czoło i zmrużone oczy mówiły jej, że nie czas na sprzeciw. W porządku. Macheront. Twierdza. W więzieniu łatwiej zabić człowieka. Wystarczy sztylet... trucizna... przekupiony strażnik. Ma go. I nie wypuści z dłoni.
* * *
Stłoczyli się przy kracie jak owce pozbawione pasterza. Ich spojrzenia wwiercały się w jego twarz, jakby w nadziei, że za chwilę zajaśnieje, niczym oblicze Mojżesza schodzącego z góry Horeb. Może wtedy strażnicy padną zemdleni od jej blasku, mury rozstąpią się jak jagnięta przy wodopoju, a prorok wyjdzie wolny, nienaruszony. Bo czyż Bóg miałby pozwolić, by zamilkł Jego sługa? Pozwoli zagrzebać jego głos w pustynnej twierdzy Macheront?
— Mistrzu — odezwał się pierwszy Joakim, z czołem przyciśniętym do zimnych prętów. — W Galilei pojawił się nauczyciel. Przemawia do tłumów, mówiąc, że przybliżyło się Królestwo Boże.
— Twierdzi, że czas się wypełnił — dodał Szymon. — Nazywają go Jezusem z Nazaretu.
Jan chwycił zachłannie za kratę, przylgnął do niej rozpaloną twarzą. W jednej chwili powróciło wspomnienie Jordanu — chwili, gdy zanurzył Jezusa w wodzie, obmywając Go z win, jakich ten nie popełnił. Te oczy...nakazujące, a jednocześnie ciche, łagodne, nasycone miłością tak bezbrzeżną, że śniły mu się potem bez końca. Dlaczego wtedy nie powiedział: „Pójdę za tobą, dokądkolwiek pójdziesz”? Dlaczego pozwolił Mu odejść, skoro wiedział, że Jego czas właśnie nadszedł?
Tak, czas się wypełnił, a on tkwi za tymi kratami, zmuszony do milczenia. Jak wiele uczynił, by objawić światu mesjasza, by przygotować pola serc na zasiew słowa Bożego?
— Mówcie mi o Nim — wyszeptał z niemal błagalną żarliwością. — Muszę wiedzieć o nim wszystko.
— Panie, wiemy tylko, że gromadzi uczniów i chrzci ludzi, a wszyscy idą do niego. Nawet niektórzy z twych uczniów opuścili cię i poszli za nim.
Jan wyczuł gorycz w głosie swego ucznia, przez którą przebijała się nutka dumy, że oni sami nie opuścili go w potrzebie. Wiedział, kto poszedł za Jezusem. To ci, którzy widzieli, którzy stali przy nim, gdy wpatrywał się nieruchomo w odchodzącego w stronę pustyni, jeszcze ociekającego wodą Jezusa.
— Panie — zapytali wtedy — Co się stało? Za kim patrzysz?
A on odpowiedział:
— Widziałem Tego, który miał przyjść, a który był przede mną. Dla Niego się narodziłem. Dla Niego prorokuję. To Baranek Boży, który gładzi grzech świata.
Gdy patrzyli na niego w pomieszaniu, podniósł rękę i opowiedział im, jaśniejąc chwałą, którą dane mu było zobaczyć:
— Widziałem Ducha Bożego zstępującego na Niego jak gołębicę. On będzie chrzcił ogniem, a Duch Pański jak wicher będzie Go poprzedzał. On jest Mesjaszem, o którym mówili prorocy.
A teraz Jan, zamknięty przez mściwego władcę, który nie darował mu potępienia swego grzechu, skazany był jedynie na wieści, jakie mogli mu przynosić uczniowie.
- Mówcie, co czyni, opowiadajcie mi o nim..
— Naucza o Królestwie — odparł Joakim. — Mówi, że będą je posiadali cisi i pokornego serca. Że trzeba godzić się z przeciwnikami. Miłować nieprzyjaciół. Nadstawiać policzek, gdy biją, oddawać płaszcz, gdy zabierają szatę. Nie gromadzić skarbów, lecz ufać Ojcu, który daje chleb i okrycie.
— A ten czas, o którym mówił, że się wypełnił... — spytał Jan, mrużąc oczy. — Czy wzywa nas do walki? Do wyzwolenia?
— Nie, Panie. Jedynym wyzwoleniem, jakie głosi, jest uwolnienie z grzechu. Mówi, że jesteśmy synami ciemności, a On przyszedł, by nas wyzwolić dla królestwa światła.
Jan pochylił głowę i zamknął oczy. Wspomniał na sen i prorocze słowa, jakie wtedy usłyszał:
„Prawdziwa światłość, która oświeca każdego człowieka, przyjdzie na świat. A ty będziesz o niej świadczyć.”
— Panie — Izaak pochylił się tak, by strażnik, stojący u wejścia, nie dosłyszał go. — Czy mamy się zbroić? Przygotować ci ucieczkę?
Jan potrząsnął głową. Nie, nie pora na to, Mesjasz sam go uwolni, gdy nadejdzie czas.
— Ale, Mistrzu! — Szymon bezradnie szarpał poły płaszcza. — On nic nie robi, żeby cię stąd wydobyć! Zapomniał o tobie! Zostawił cię!
Jan odwrócił się i usiadł na derce rozesłanej na ziemi. Czy to prawda? Czy został porzucony? Czy jego misja zakończyła się, a jemu dane jest jedynie przyglądać się, jak Mesjasz buduje królestwo, jak Jahwe znów zaślubia Izraela — cudzołożnego, a mimo to umiłowanego?
— Gdy nadchodzi oblubieniec — powiedział cicho — panna młoda powinna się przygotować. A przyjaciel oblubieńca, gdy już przygotuje ucztę i sprosi gości, usuwa się w cień. I raduje się, słysząc głos oblubieńca.
Uniósł głowę. W oczach miał blask nie z tego świata.
— On jest z wysoka. On jest ponad wszystkim. Jego słowa są prawdziwe. Ja jestem tylko przyjacielem oblubieńca. I tej radości doznaję teraz w pełni.
Głos jego wezbrał, jak nurt Jordanu:
— On musi wzrastać, a ja stawać się mniejszym. Idźcie do Niego i słuchajcie Go.
Uczniowie spojrzeli po sobie i z gorliwością zawołali:
— Mistrzu... nie porzucimy cię!
Jan zmarszczył brwi i zawołał z gniewem:
- Sami możecie zaświadczyć, że powiedziałem: ja nie jestem Chrystusem. Człowiek nie może otrzymać niczego, jeśli nie zostanie mu to dane z nieba. Kto pochodzi z ziemi, mówi rzeczy ziemskie. Kto pochodzi z nieba, mówi słowa Boże. Kto nie wierzy w Niego, w oblubieńca, nie będzie miał działu w uczcie weselnej,nie ujrzy życia, lecz gniew Boży ciąży nad nim. Idźcie za Nim, powiadam wam, idźcie za Nim!
Poderwał się z ziemi, a uczniowie cofnęli się z lękiem. Stał przed nimi groźny jak lew, potrząsając długimi, splątanymi włosami. Wychodząc pospiesznie, deklarowali raz za razem wierność swemu mistrzowi i częste odwiedziny, a za nimi, w wąskim przejściu więziennego korytarza, jak grzmot rozlegał się głos:
- Idźcie za nim, powiadam wam: Idźcie za Nim! On ma słowa żywota wiecznego, idźcie za Nim!
* * *
Salome się nudziła.
W pałacu Heroda niewiele było rozrywek, a wyprawy na miasto nie dawały jej upragnionej satysfakcji. Cóż bowiem znaczyła Jerozolima wobec Rzymu! Tam zawsze coś się działo.
W poprzednim domu, urządzonym z przepychem godnym cesarskiej familii, otaczały ją cuda, które koiły nudę i pobudzały wyobraźnię: sadzawki pełne kolorowych ryb, zwierzyniec, w którym mogła zabawiać się, biorąc do ręki małpki, czy oswojonego tygryska. Baseny, marmurowe fontanny, rzeźby wśród ogrodów, w cieniu których snuła marzenia — wszystko to było jej naturalnym światem.
W Rzymie czuła się wolna i swobodna. Po dniu wypełnionym nauką szła z przyjaciółmi na ulice, pełne śpieszących się ludzi. Zwiedzała sklepy, podziwiała wyroby z Syrii, Etiopii, przymierzała stroje i ozdoby, rozmawiała z koleżankami. Uczty, igrzyska, uroczystości świątynne, barwne i widowiskowe... to był jej świat.
A teraz wyrwana z tego wszystkiego, rzucona w środek pustynnego kraju, czuła się tak, jakby zerwano z niej najpiękniejszą szatę, obnażono i wystawiono na sprzedaż. Co do tego nie miała złudzeń, jej życie zostało sprzedane na targu próżności jej matki.
Początkowo próbowała protestować. Ze łzami błagała Herodiadę, by mogła zostać w Rzymie. Lękała się nowego świata, w którym nie miała nikogo bliskiego. Ale matka była nieugięta.
— Poznasz nowe przyjaciółki — twierdziła stanowczym głosem. — Poza tym, jesteś w wieku, w którym należy rozejrzeć się za mężem. A wtedy nie będzie już czasu na zabawy.
Na krótko przed wyjazdem Salome postanowiła się zbuntować. Ukryła się u jednej z przyjaciółek, ale niewolnicy ojca szybko ją odnaleźli i odstawili do domu. Herodiada nie powiedziała ani słowa. Podeszła i z rozmachem uderzyła ją w twarz. W tym domu to matka rządziła — Salome nie miała nic do powiedzenia.
Wyznaczonego dnia spakowała resztki swojego świata: kilka sukien, zabawki, instrumenty. Wsiadła na wóz, który miał ją zawieźć w nieznany, surowy kraj, zamieszkany przez lud czczący jednego, niewidzialnego Boga.
Po drodze wypytywała Marchusa, swego opiekuna, jak wygląda świat, w którym miała zamieszkać. Z jego opowieści wyłaniała się ziemia surowa, przesycona nakazami i zakazami, pełna pobożnych ograniczeń.
— A czy są tam igrzyska, barwne korowody? Wyścigi rydwanów? Biblioteki? — pytała raz po raz.
– Nie – odpowiadał krótko Marchus.
Z każdą godziną podróży jej nastrój stawał się cięższy. Gdy wjeżdżała do Jerozolimy, była już niemal pogrążona w rozpaczy. Po ślubie matki zamknęła się w swojej komnacie, nie dopuszczając do siebie nikogo. Nie bawili ją grajkowie na ucztach, nie rozśmieszały popisy magików. Wszystko porównywała do świata, który utraciła.
Po pewnym czasie otrząsnęła się z ponurego nastroju i postanowiła ze służącą wyjść na miasto. Zdegustowana obserwowała tłum. Tłumy na placach, targowiska, ludzie w brudnych, bezbarwnych ubraniach – wszystko wydawało się jej obce i nieprzyjazne. Mężczyźni, ubrani w ciemne szaty, odwracali wzrok od jej barwnego stroju. Jeden nawet splunął na jej widok.
– Kolory, które dziś pani włożyła, kojarzą się z ubiorem prostytutek – wyjaśniła służąca szeptem. – A mężczyznom nie wolno patrzeć na kobiety.
Upokorzona Salome natychmiast wróciła do pałacu. Od tamtej pory spoglądała na miasto jedynie z wysokości dziedzińca.
W końcu znalazła sobie rozrywkę, której oddała się bez reszty. Był to taniec, którego uczyła się jeszcze w Rzymie. Jej młode, giętkie ciało, pełne wdzięku i niewypowiedzianego napięcia, nabierało w tańcu siły i wyrazu. Przez ruch wyzwalała tłumione emocje: frustrację, tęsknotę, gniew. Taniec stawał się czymś więcej niż widowiskiem — był ucieczką, wyrazem tęsknoty i gniewu. Każdy, kto go oglądał, nie potrafił oderwać wzroku.
Pewnego dnia zastała ją przy tym matka. Dłuższą chwilę przyglądała się, a potem rzekła z zadowoleniem:
— Przestałaś być dzieckiem, Salome. Wyrosła z ciebie piękna kobieta...
I wyszła, nie dodając nic więcej. Salome stała chwilę nieruchomo, niepewna, czy to był komplement, czy może ostrzeżenie. Bo wiedziała, że jej matka jest zaborcza i bezwzględna, zdolna wszystko obrócić na własną korzyść. I biada temu, kto stanie jej na drodze.
* * *
Stał przed tronem, a jednak jego spojrzenie było twarde i nieustępliwe — wpatrzone bez cienia lęku w tego, który miał go sądzić. Kto tu był prawdziwym władcą, a kto poddanym? Czy ten poraniony, w prostej szacie z sierści wielbłądziej, jasny i nieugięty, czy raczej ten, co ciężkim, spasionym brzuchem rozpychał poręcze tronu? Odziany w miękkie, wzorzyste szaty, lecz drżący w niepewności i bojaźni, uwikłany w sieć intryg, łaknący poklasku i rozrywki?
Mierzyli się przez pewien czas spojrzeniem, aż wreszcie Herod odwrócił wzrok i powiedział chrapliwym szeptem:
— Wiesz, że mogę trzymać cię w więzieniu do końca twoich dni. Mam też moc zabić cię lub wypuścić.
— Nie miałbyś nade mną żadnej władzy, gdyby nie była dana ci z góry — odparł Jan spokojnie.
— O jakiej władzy mówisz? O cesarzu, czy o Bogu?
— Cesarz człowiekiem jest tylko, a człowiek prochem jest przed majestatem Najwyższego. Wiesz o tym, bo mienisz się Jego wyznawcą.
Herod rozejrzał się trwożliwie, czy żadne ciekawskie ucho nie podsłuchuje, by potem mylne wnioski donieść cesarzowi. Owszem, ozdobił świątynię, wieprza nie jadał, jak prawo nakazuje, nie wytłaczał swych podobizn na monetach, by nie urazić uczuć religijnych Żydów. Lecz miłe były bogactwa i władza, które dzięki cesarskiemu poparciu posiadał. Poprawił się na tronie i zmienił szybko temat:
— Mówią, że jesteś prorokiem, żeś Eliaszem, który z nieba powrócił. Cóż ty mówisz sam o sobie?
— Jestem Głosem Pana, który woła na pustyni, sługą wybranym, by nawracać lud, zanim przyjdzie wielki i straszny dzień Pana, gdy powstanie, aby wstrząsnąć ziemią. Wtedy na nic zda się złoto i srebro, którymi się otaczasz, kretom i nietoperzom rzucisz łańcuchy złote, które nosisz. Ukórz swe serce przed Bogiem Wszechmocnym, bo On zna twoje czyny, a ty nie znasz dnia ani godziny, gdy Pan cię ogniem trawiącym nawiedzi!
Herod zadrżał, bo przypomniały mu się sny, dręczące koszmary, w których błąkał się spragniony i głodny po czarnej od nocy pustyni, słysząc tylko wycie szakalów. Wołał o pomoc, wzywał straże i legiony, lecz odpowiadał mu jedynie świst wiatru pośród wydm. Czuł się wtedy wart tyle, co powietrze, które z trudem łapał.
— Dość o mnie! — wykrzyknął nagle, poderwany gniewem. Jąkał się ze zdenerwowania, siadając z zacisniętymi na oparciu dłoniami. — Jeee...śli jesteś prorokiem, to i cuda potrafisz czynić jak Eliasz, co ogień zesłał z nieba, jak Elizeusz, co pokarm rozmnażał. Co uczynisz dla mnie?
— Cuda nie dla poklasku i dla próżności ludzkiej były dawane, lecz dla opamiętania grzeszników - odparł Jan potrząsając głową z wyrzutem.
Herod uśmiechnął się podstępnie:
— Więc i ja jestem grzesznikiem, bo tak przed tłumem powtarzałeś. Uczyń cud, a wtedy się nawrócę.
— Oddal żonę cudzołożną, którą bezprawnie poślubiłeś, a wtedy Pan zwróci ku tobie swe oblicze.
Za zasłoną, kryjącą wejście do sąsiedniego pokoju, zimny cień ogarnął serce podsłuchującej Herodiady. Zacisnęła wąskie wargi w gniewnym grymasie. To nawet surowe więzienie nie złamało uporu tego wieśniaka! A ten król, drżący przy najmniejszej oznace buntu, któremu jedynie zabawa i wino w głowie, ten może ugiąć się — i zobaczywszy cud, odrzuci ją, przekreślając wszystkie jej plany! O, nie, nie mogła do tego dopuścić. Już miała się wycofać, gdy dalsza rozmowa zatrzymała ją na miejscu.
— Proroku — rzekł po chwili namysłu Herod. — Niedługo są moje urodziny. Zaproszę na nie dostojników i możnych tego ludu. Jeśli na uczcie zrobisz cud, który porazi gości, obiecuję, że oddalę żonę i będę żył według przykazań Bożych...
— Nie tobie kupczyć z Bogiem cudami! — zawołał Jan. — Cuda nie są dla pijanej gawiedzi, lecz objawem Boskiej mocy. Powtarzam: nawróć serce i swymi czynami potwierdź wiarę we Wszechmogącego! Masz jeszcze czas łaski, skorzystaj z niego, królu!
Herod machnął niecierpliwie ręką i klasnął w dłonie na służbę:
— Co powiedziałem, to powiedziałem. To ty masz czas łaski, który ci daruję. A na uczcie spodziewam się, że w swej przezorności przychylisz się do mej rady. W przeciwnym razie z więzienia nie wyjdziesz, a ptaki nasycą się ścierwem twego ciała.
Rozmowa się skończyła. Strażnik chwycił Jana za sznur, którym był spętany, a Herod wstał i drżącą ręką nalał sobie wina. Wypił jednym haustem i opuścił salę. Wtedy Herodiada wysunęła się zza zasłony i stanęła przy oknie. Na dziedzińcu straże wlekły Jana wśród śmiechów i drwiących okrzyków służby.
Zamyśliła się. Ten prorok... uparty i niebezpieczny. Trzeba go usunąć, zanim stanie się coś złego, zanim na uczcie omami wzrok biesiadników jakąś efektowną sztuczką. Los jej będzie wtedy zagrożony, bo Herod znany był z tego, że słowa danego przy świadkach zawsze dotrzymywał. Herodiada musi się śpieszyć. Czas i możliwości kurczą się z każdą chwilą. Straże, ostrzeżone przez króla, nie dopuszczają nikogo do Jana poza uczniami, a nie miała co liczyć, by wśród nich znalazł się zdrajca.
Myśl, Herodiado, bo twoje życie jest zagrożone. Musisz go zabić!
7. WYZWOLONY
Siedział na starej, podartej derce, lecz myślami był daleko, niemal nie słyszał jęków męczonych współwięźniów ani gniewnych pokrzykiwań strażników. W ciszy szukał głosu Jahwe, który prowadził go przez życie, ale głos milczał.
Uczniowie, którzy go odwiedzali, nie przynosili dobrych wieści. Jezus wyrzucony z Nazaretu, przebywający z celnikami i nierządnicami, łamiący prawa szabatu… Czy to naprawdę był Ten, którego Jan miał zapowiedzieć? Ale przecież widział znak Boży — jasną gołębicę siadającą na Jego ramieniu. A może to tylko omam zmęczonego umysłu? Mesjasz nie powinien się bratać z grzesznikami, lecz ich upominać, jak Jan to czynił! Tymczasem Jezus głosi miłosierdzie Boże, nawołuje do miłości bliźniego i odwzajemniania zła dobrem. Gdzie tu miejsce na sąd i potępienie grzeszników?
I dlaczego Jezus przyszedł po chrzest oczyszczenia i pokuty, skoro sam był bez grzechu?
A jeśli był bez grzechu, czemu teraz brata się z grzesznikami?
Objął głowę rękami, ściskając ją z bolesnym grymasem. Coraz bardziej gubił się w rozterkach, a szatan podsycał wątpliwości. Czy Jan się nie pomylił? A jeśli tak, to czyż nie zawiódł tym woli Jahwe? Czy nie zostanie potępiony za oparcie misji swojej na złudzeniach i domysłach? Przerażony, zaczął wołać do Boga:
— Czemu zamilkłeś? Czy otchłań, w której się znalazłem, jest zbyt głęboka dla Ciebie? Jahwe, odezwij się, rozjaśnij swoje plany! Co mam czynić? W tym więzieniu nie mam już sił głosić i nawoływać do nawrócenia Twój lud! Czemu nie przyjdziesz z pomocą i mnie nie uwolnisz?
Nagły głos zadudnił w udręczonym umyśle, głos, który był szeptem wypełniającym go do granic jaźni, ślisko łagodnym, przesmykującym się skrętami pośród splątanych myśli:
— Pan dał ci właśnie szansę na uwolnienie, tylko z niej skorzystaj. Uczyń jeden cud, a będziesz wolny, by dalej prowadzić swoją misję. Nie tylko to — król nawróci się i będziesz miał zasługę zbawionej duszy władcy, wraz z dostojnikami, którzy rządzą i odpowiadają za sumienia podwładnych. Tylko jeden cud... a ile z tego pożytku...
— Czy to mam uczynić? — wyszeptał Jan z wahaniem. — Cuda dla zabawiania gawiedzi?
— Tylko ty tak sądzisz, że cud będzie zabawką... — odrzekł głos. — Lecz drogi Pana są niezbadane. To, co wydaje się złem, dla Boga będzie drzwiami do potężniejszych znaków, cudów nawrócenia, czasu łaski dla wszystkich potrzebujących.
Jan poderwał się z ziemi, długimi krokami przemierzając ciasną celę. Czy nie będzie to poddaniem się w rozgrywce z podstępnym władcą? Ale król obiecał zerwać bezprawne małżeństwo, oddalić Herodiadę i nawrócić się. Zrobi to, do czego nawoływał w proroczym natchnieniu Jan. Czyli to Jan wygra, a nie Herod!
— A co z proroctwem spełnionym nad wodami Jordanu? — zastanawiał się. — Czy to była pomyłka? Czy nadal mam czekać na Mesjasza, który ma się objawić?
Usiadł nagle, podejmując decyzję. Miał dość tego chaosu i pomieszania. Wyśle uczniów do Jezusa, by zapytali wprost, czy to On jest Mesjaszem, czy też mają czekać na innego. Niech sam się objawi!
Uspokojony, zwinął się na podłodze i przykrył cuchnącą derką. Ogarnął go sen, pusty, bez majaków, dający upragniony odpoczynek. Na dziedzińcu żołnierze rozpoczęli kolejną grę, potrząsając kośćmi w skórzanym mieszku. Dzień chylił się ku zachodowi...
* * *
Uczniowie Jana stali zakłopotani u drzwi domu, gdzie nauczał Jezus. Tłum, ściskający się przy oknach, szeptał słowa Mistrza od jednych do drugich, popychając i potrącając stojących przy wejściu. Czekali na chwilę, by przemówić do Jezusa — przecież obiecali Janowi, że zbadają wszystko, co się dzieje. Jednak znalezienie sposobności było trudne.
Nagle przez gęstniejący tłum przebił się orszak, niosący na noszach chorego. Paraliż zdruzgotał jego ciało: obwisłe mięśnie twarzy, powykrzywiane dłonie, martwe stopy — wszystko sparaliżowane, poza oczyma, które błagały o przepuszczenie do nauczyciela. Tłum jednak trwał nieugięty, blokując wejście i udając, że nie widzi potrzebującego.
Niosący w skupieniu rozglądali się bezradnie, aż jeden pochylił się i szeptem wskazał coś w górze. Reszta skinęła głową, położyli chorego na ziemi i wdrapali się na dach domu. Po chwili zaczęli zdzierać glinę wymieszaną z liśćmi — materiał, z którego wykonana była powała — aż stworzyli otwór na tyle szeroki, by wprowadzić tam łoże. Ostrożnie wnieśli chorego na dach i spuszczali go na linach do środka.
Tłum zaciekawiony przekazywał jeden drugiemu wieści.
— Opuszczono łoże przed nauczycielem!
— I co on robi?
— Nic, patrzy w górę na przyjaciół chorego i się uśmiecha.
— Co tu jest do śmiechu? Nie rozumiem...
— Nie śmieje się, tylko mówi… Poczekaj, nie popychaj mnie, słabo słyszę… Mówi, że wiara ich jest wielka!
— To wszystko?
— Nie, teraz pochyla się nad chorym i mówi... nie, to niemożliwe, chyba źle usłyszałem…
— Co mówi? Gadaj, bo cię odepchnę od okna i sam posłucham!
— Mówi, że odpuszczone są jego grzechy! Odpuszcza mu grzechy!
— Bzdury! Tylko Bóg ma prawo to uczynić!
— Czekaj, teraz pyta: co jest łatwiejsze, powiedzieć „odpuszczone są twoje grzechy” czy „wstań, weź swoje łoże i chodź”?
— No jasne, że łatwiej mówić. Sam mógłbym tak powiedzieć!
— Właśnie, nie popychaj mnie, bo nic nie widzę - zapadła dłuższa chwila pełna milczącego wyczekiwania, po czym tłum wybuchł wrzawą. — Powiedział do sparaliżowanego, żeby wstał, a ten podniósł się! I upadł płacząc do nóg nauczyciela! To cud!
Mężczyźni na dachu podskakiwali i obejmowali się z radości, nie zważać na ryzyko zawalenia się pod nimi osłabionej powały. Po chwili zbiegli po schodach i przedarli się przez rozstępujący tłum. Po chwili wyszli z domu, obejmując człowieka niosącego łóżko, który jeszcze niedawno nie miał siły wydobyć słowa, a teraz krzyczał głośno przez łzy, wychwalając Boga.
— Nigdy czegoś podobnego nie widzieliśmy — powtarzali za tłumem uczniowie Jana, zafascynowani tym, co się wydarzyło. Kilku faryzeuszy, zgorszonych, szepczących o bluźnierstwie, odeszło z domu, większość ludzi rozbiegła się: jedni, by roznieść wieść o cudzie, inni, by przyprowadzić do nauczyciela swoich chorych.
Wreszcie uczniowie Jana stanęli przed Jezusem. Spojrzał na nich i skinął w stronę kilku młodych ludzi, prosząc, by przygotowali posiłek dla zmęczonych wędrowców.
— Nauczycielu — odezwał się Efraim — Jan, nasz prorok, przysłał nas do ciebie. Pragnie wiedzieć, czy jesteś obiecanym Mesjaszem, czy mamy oczekiwać kogoś innego?
Reszta uczniów skinęła głowami, potwierdzając wiarygodność posłania.
Jezus zasmucił się. Ostatnio, gdy widział Jana, ten stał niewzruszony jak skała, obmywany przez rwącą rzekę, nieugięty w swym nauczaniu. Czy samotność więzienia i upływ czasu podkopały ten fundament? Czy zaczyna wątpić, choć nie powinien?
Co ma powiedzieć? Przekazał mu przecież wszystko, co potrzebował, by ten był pewien swej misji.
Czego chce Jan? Że Jezus pójdzie z tłumem i wyrwie go z niewoli? Jeśli to zrobi, zaryzykuje upadek swojej misji. Jak jednak wytłumaczyć to Janowi? Skoro posłał uczniów z takim pytaniem, musi być pogrążony w wielkiej rozterce. Proste słowa „Tak, jestem Mesjaszem” nie wystarczą, by uleczyć jego duszę.
Milcząc, Jezus spożywał posiłek, zdając się ignorować niecierpliwość uczniów Jana. Na zewnątrz znowu zbierał się tłum — nie ciekawy sensacji, lecz cierpiący, pragnący ulgi. Jeden po drugim wchodzili do środka — ślepy przepychał się przed chromym, głuchy gestykulował i bełkotał, ocierając się o owrzodziałych.
Jezus nie miał czasu na rozmowy. Kładł dłonie na chorych, a moc przenikała ich ciała, oczyszczając z chorób i grzechu. Dopiero późną nocą, gdy uczniowie nawoływali do odpoczynku, wypychając spóźnionych, usiadł i spojrzał na uczniów Jana.
— Widzieliście wszystko? — zapytał.
— Tak — potwierdzili, wciąż będąc pod wrażeniem cudów.
— Idźcie więc do Jana i opowiedzcie mu o tym — polecił zmęczonym głosem. — Powiedzcie mu, że chromi chodzą, ślepi widzą, a głusi słyszą... Błogosławiony ten, kto się mną nie zgorszy.
Podnieśli się i ukłonili nisko, po czym ruszyli w drogę, a radość rozświetlała ich serca. Ich mistrz czekał niecierpliwie na wieść, nie zdając sobie sprawy, jak jest ona wspaniała.
Tymczasem uczniowie Jezusa szeptem komentowali cuda i niedowiarstwo Jana. Rozpierała ich duma, że nie zwątpili, nie zgorszyli się, lecz poszli za Mistrzem. Jezus, słysząc ich szepty, podniósł się z gniewem.
— O czym tak rozmawiacie? — zapytał.
— Mówimy, Panie, że ten, który cię zapowiadał, teraz wątpi w to, co sam głosił...
— O, jak głupi i ociężałego serca jesteście! — Jezus podniósł rękę, a pałający wzrok i oskarżycielski palec spoczęły na nich. — Gdy szliście na pustynię, kogo chcieliście zobaczyć? Trzcinę, co się na wietrze chwieje? Człowieka w miękkie szaty odzianego? Tacy mieszkają w pałacach i obżerają się mięsem. Więc kogo chcieliście zobaczyć? Proroka?
Zamilkł, spoglądając po nich, a oni schylali głowy z poczuciem winy. Tak, przyszli zobaczyć proroka. I widzieli go, i poszli za nim, a teraz...
— Tak, przyszliście zobaczyć proroka — skinął głową. — I powiem wam więcej: widzieliście kogoś większego niż prorok. O nim mówiono, że będzie posłańcem, który przygotuje drogę Panu. A teraz w niego zwątpiliście? Bo światło mu zabrano, w ciemnej celi zamknięto, bo brak mu wody życia i chleba nadziei? Głodny jest, a wy mówicie: zwątpił, nie ma wiary… A ja wam mówię — głos jego zadudnił z mocą — że spośród narodzonych z niewiasty nie powstał większy od niego! Przez jego zwiastowanie ludzie dążą do Królestwa Bożego. Czyż nie dzięki niemu zapragnęliście Chwały Niebios? Dzięki niemu najmniejszy może stać się dzieckiem Bożym, bo usłyszał zwiastowanie... i to wam powiadam: on jest zapowiedzianym Eliaszem!
Powiedziawszy to, usiadł nagle, jakby dopiero teraz dopadło go zmęczenie. Przymknął oczy. Myśleli, że zasnął, lecz on półgłosem zaczął zwierzać:
— Do czego przyrównać to pokolenie? Jak dzieci na rynku, które wołają do siebie: „Tańczcie, bo na flecie gramy!”, albo „Płaczcie, bo śpiewamy żałobne pieśni!”. Po pozorach oceniają, ducha nie badają. Przyszedł Jan, nie jadł, nie pił — mówią: demona ma. Przyszedł Syn Człowieczy, jadł i pił — mówią: to żarłok i pijak. Lecz biada tobie, Betsaido, któraś cuda oglądała... Bo gdyby w Sodomie działo się to, co u ciebie, dawno by w prochu i popiele pokutowała.
Uczniowie opuścili głowy. Żaden nie śmiał słówkiem przerwać żalów swojego Mistrza. Ale ten, otworzywszy oczy, spojrzał na nich i na nowo ciepło rozjaśniło jego twarz. Podniósł dłonie i jakby błogosławiąc ich pochylonym głowom, zaczął wychwalać Boga, że zakrył te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a przekazał je prostaczkom.
- Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście obciążeni, a ja dam wam ukojenie. Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a objawię wam to, co zostało przekazane przez Ojca mego, który jest w niebie. Weźcie jarzmo moje, a słodkie ono jest i lekkie, gdyż w nim znajdziecie ukojenie dla dusz waszych.
Przysunęli się bliżej niego, i legli na ziemi w cichej ufności, że już nie muszą martwić się o swój los, gdyż powierzyli go komuś mocniejszemu, niż cała ziemska potęga i władza.
Księżyc chylił się ku zachodowi, cisza spowijała świat. Zasnęli, nie zdając sobie sprawy, że mimo nadchodzącego, kolejnego trudnego poranka, Jezus nie zmrużył oka, lecz aż do świtu wznosił za nich swe modlitwy.
* * *
Herodium tętniło życiem — jeden z najwspanialszych pałacowych kompleksów, ukochana rezydencja i warownia króla. Podwójny mur otaczał monumentalną twierdzę sięgającą siedmiu kondygnacji, strzeżoną przez cztery strzeliste wieże. Wewnątrz rozciągały się przestronne sale z krytymi basenami, bogato zdobione jadalnie i komnaty sypialne, których podłogi pokrywały wielobarwne, geometryczne freski o misternych wzorach. Goście zachwycali się przepychem i kunsztem wykończenia: purpurowe tkaniny spływały po ścianach ciężkimi fałdami, a stoły uginały się pod ciężarem wyszukanych potraw, których barwy i aromaty pobudzały apetyt. Wino lało się bez umiaru, a toasty za zdrowie króla wznosiły się coraz głośniej.
Na podwyższeniu zasiadał sam Herod, z wyraźnym zadowoleniem obserwując zgromadzonych dostojników żydowskich. Wszyscy uśmiechali się do niego i kiwali głowami, wyrażając podziw dla wystawnej uroczystości. Nikt, oprócz króla i królowej, nie wiedział o zaplanowanej niespodziance — wspaniałym pokazie proroczych cudów, które uświetnią królewskie urodziny. Strażnicy byli już przygotowani, by w odpowiedniej chwili sprowadzić Jana Chrzciciela, więzionego w piwnicznym lochu.
Muzyka przyspieszała, rywalizując z wybuchami śmiechu, które odbijały się echem od złoconych belek stropu. Herod spoglądał na Herodiadę, ale ta nie dawała po sobie poznać, że zna jego tajemnicę, jedynie skrycie śledząc go wzrokiem, gotowa wprowadzić swój przebiegły plan. Nie należało się spieszyć, trzeba poczekać, aż król będzie dostatecznie pijany, by…
Teraz! Herod pochylił się i ręką dał znak słudze, by się przybliżył. Herodiada wstała i zwróciła się do niego, zanim wydał jakiekolwiek polecenie:
— Panie mój i królu, dziękujemy za tak wspaniałe przyjęcie. Pozwól mi uczcić twe święto, ofiarowując dar miły dla twojego oka…
Oczy Heroda zabłysły ciekawością. Ruchem ręki odprawił zbliżającego się sługę. Zebrani uciszyli się, a Herodiada zaklaskała w dłonie.
* * *
W progu pojawiła się Salome. Nie weszła — ona wpłynęła, wdzięcznie okręcając się, a złoto i srebro jej szat lśniły w świetle lamp niczym rozsypane klejnoty. Matka długo ją przygotowywała do tej chwili, nie szczędząc wysiłku i kosztów, by córka już samym wejściem oczarowała zgromadzonych. Z tłumu wyrwał się zachwyt, a Salome, promienna i dumna, podeszła do króla, kłaniając się nisko.
To miał być jej wieczór — czas, gdy olśni mężczyzn swoim tańcem. Matka jasno dała do zrozumienia, że wśród biesiadników są młodzi dostojnicy, piękni i pożądliwi, zdolni docenić urok dziewczyny. Może właśnie wśród nich znajdzie tego, który spełni jej pragnienia i wyrwie ją z nudy szarego, pałacowego życia?
Muzyka wypełniła salę dźwiękami. Salome zrzuciła płaszcz, odsłaniając złoty stanik i lekkie, półprzezroczyste spodnie, które bardziej odkrywały niż zasłaniały jej smukłe nogi. Pas na biodrach błyszczał cekinami, delikatnie dzwoniąc przy każdym ruchu. Frędzle z nici złota i kosztowna biżuteria lśniły w świetle, a bose stopy ozdobione były pierścieniami na palcach. Herod patrzył z zachwytem — nie spodziewał się, że jego pasierbica rozkwitnie w tak piękną kobietę.
Flet rozpoczął melodyjny trel, zawtórowały mu piszczałki. Półkoliste bębny wystukiwały rytm, a dzwoneczki brzęczały lekko, jak kamyczki toczące się w szklanym naczyniu. Salome uniosła ręce ku niebu, zakręciła biodrami niczym wąż, zmysłowo wyginając ciało. Muzyka wibrowała w niej, obudziła pulsowanie krwi, przeniosła w świat marzeń i snów.
Tańczyła, opowiadając o pragnieniach miłości, czułości i dotyku, jednocześnie zwracając się do wszystkich i do nikogo. Jak gazela przebiegała przez salę, by zatrzymać się przed ścianą, zawirować w miejscu i znów wrócić na środek sali, a oczy patrzących biegły za nią w niemym zachwycie i narastającym pożądaniu. Lecz ona tego nie widziała, cała będąc rytmem i muzyką, pląsem i kaskadą zmysłowego uniesienia
Herod sięgnął po kielich wina, lecz zawahał się, usta rozchylił, jakby Salome była naczyniem, z którego chciał pić rozkoszne, kuszące ciało. Kusiła, wabiła, obiecywała… Jego wzrok zamglił się pożądaniem. Jeszcze kilka uderzeń bębna, trel fletu i dziewczyna w ostatnim okręcie upadła przed królem. Drżała z wysiłku, a pierś jej falowała od szybkiego oddechu. Spojrzała na zgromadzonych — wszyscy wstali i bili brawo. Zarumieniła się z radości, wstała, ukłoniła się Herodowi i usiadła przy matce.
Król poczekał, aż aplauz ucichnie. Choć reszta usiadła, on wciąż stał, oczarowany, nie mogąc oderwać pożądliwego wzroku od błyszczącego kropelkami potu ciała Salome. Jak mógł być w Rzymie tak ślepy, by nie dostrzec w niej rozwijającej się kobiety? Jak inne byłoby jego życie, gdyby zamiast zaborczej Herodiady poślubił delikatną i zmysłową Salome! Nie miałby kłopotu z ortodoksyjnymi żydami, potępiającymi cudzołożny związek, a sama myśl o dotknięciu aksamitnej skóry dziewczyny rozpalała jego wnętrze do czerwoności. Sięgnął po wino, lecz drżąca dłoń wylała połowę kielicha na szaty. Wreszcie zawołał:
— Proś mnie o cokolwiek chcesz, a dam ci to!
Zebrani kiwali z uznaniem — taki taniec był wart nagrody. Salome znieruchomiała. Wiedziała, że król jest pijany, nie brała więc jego słów na poważnie. Lecz Herod, potwierdzając swoją wolę, trzasnął kielichem o ziemię i oznajmił:
— Nawet jeśli będzie to połowa mego królestwa, otrzymasz ją! A wszyscy tutaj są tego świadkami!
Tak potężny dar wzbudził wśród zebranych oszołomienie. Co jeśli tancerka przyjmie propozycję? Ale Salome nie myślała o królestwie ojczyma. Jej myśli biegły do ukochanego Rzymu. Co będzie, jeśli poprosi króla o możliwość powrotu do cesarstwa? Czy zgodzi się na to, a może rozgniewa, że wzgardziła jego królestwem? Musi się poradzić kogoś i ten ktoś siedział obok niej, z lekkim uśmiechem zajadając kiście winogron.
— Co mam robić? — szepnęła do Herodiady. — Król tak wiele mi oferuje…
- A ty chcesz tego?
- Nie, matko, pragnę tylko wrócić do Rzymu.
Herodiada zmarszczyła brwi. Ta naiwna dziewczyna może wszystko zaprzepaścić!
— Herod obrazi się, jeśli odrzucisz jego propozycję — rzekła przebiegle. — Musisz poprosić o dar, który zadowoli go, a nie przyniesie strat.
— O co więc mam prosić?
— O głowę Jana Chrzciciela. To go zadowoli, bo uwolnisz go od kłopotliwego więźnia. A jego wdzięczność wykorzystasz później, choćby do przeprowadzki do Rzymu...
Salome zawahała się. Dworska polityka nie interesowała jej, więc może matka miała rację? Ta chwila była jedyną okazją na spełnienie marzeń… Herodiada widząc wahanie córki, rozgniewała się. Chwyciła ją mocno za ramię, wbijając ostre paznokcie w delikatną skórę tuż pod naramiennikiem w kształcie plecionego węża.
— Proś o głowę Jana Chrzciciela — wysyczała z groźbą.
Salome niezdarnie próbowała się bronić:
— Ale ja chcę wrócić do Rzymu…
— Proś o głowę, a ja zrobię wszystko, byś wróciła do ojca — skłamała, a gniewne błyski zalśniły jej w oczach. Ta mała ladacznica! Krnąbrna, nieposłuszna, żmija wyhodowana w jej własnym domu!
Dziewczyna zawahała się. Nie znała człowieka, którego matka chciała zabić. Słyszała tylko plotki, raz spotkała go na schodach, gdy prowadzono go na rozmowę z Herodem. Spojrzał wtedy na nią, ale żar, jaki lśnił w jego oczach, napełnił ją lękiem. Wycofała się i już tego dnia nie wyszła z komnaty. Potem o nim zapomniała, był tylko jednym z więźniów ojczyma, szalony, brudny żyd, jeden z tysięcy włóczących się po drogach i ulicach, plujących na jej widok. Dlaczego miałaby go ratować przed nienawiścią matki?
Z drugiej strony nie ufała matce, ale sprzeciwić się jej, to jakby zajrzeć w paszczę lwu. Czy mogła mieć nadzieję, że Herod obroni ją, skoro sam lęka się jej gniewu? Zdecydowała się.
— Królu — powiedziała głośno, spoglądając na matkę. — Chcę głowę Jana Chrzciciela.
Zapanowała cisza. Salome przestraszyła się, czy powiedziała coś niestosownego? Spojrzała na Herodiadę, która z triumfalnym spokojem sięgnęła po kielich wina. Dziewczyna powtórzyła drżącym głosem:
— Chcę głowę Jana Chrzciciela. Obiecałeś dać mi wszystko, więc daj mi ją teraz. Na srebrnej misie - dodała, ulegając niefrasobliwej, dziecięcej fantazji.
Herod, słysząc tę prośbę, natychmiast wytrzeźwiał — podobnie jak zgromadzeni. Milczał dłuższą chwilę, patrząc ostro na żonę i domyślając się, że to ona podsunęła tę myśl. Po raz kolejny przegrał, a nikt z zaproszonych gości nie domyślał się rozgrywki, jaka się na sali toczyła.
Przegrał, bo dał słowo. Przegrał, bo uległ pożądliwości. Przegrał... ale nie da tego po sobie poznać. Przybierając pozory królewskiego majestatu, zrzucił ze srebrnej tacy jedzenie na podłogę i podał ją stojącemu przy drzwiach słudze:
— Przynieście dziewczynie to, o co prosi.
Potem usiadł bez sił, zamknął oczy, a grajkowie chwycili za instrumenty. Uczta trwała dalej.
* * *
Jan gorączkował. Od kilku dni nie przyjmował żadnego pokarmu — jedynie chłodna woda przynosiła ulgę rozpalonemu ciału. Strażnicy traktowali go nieco łagodniej; krążyły wieści, że dzisiejszy wieczór może przywrócić więźnia do łask królewskich.
Nad ich głowami rozlegał się przytłumiony przez mury gwar i harmider pałacowej uczty. Zabawa nie ograniczała się do sal tronowych — także służba pozwalała sobie na rozluźnienie, popijano wino, rzecz jasna na zdrowie króla. Tylko straże czujnie strzegły murów zamku, ciemnego, lecz wyczekującego niedalekiego świtu. Wśród wartowników krążyły plotki o dziwnym zachowaniu uczniów Jana. Dotąd przychodzili z ciężkimi sercami, z oczami pełnymi trwogi, przybici losem swego mistrza. Tym razem jednak pojawili się ożywieni, czymś poruszeni, gestykulując cicho i wymieniając z Janem jakieś informacje. Podejrzewano, że planują odbicie Nauczyciela, więc wzmożono czujność, a straże patrolowały place i bramy.
Strażnik, który pilnował celi Jana, obserwował więźnia z rosnącym niepokojem. Gorączka wyczerpywała mężczyznę, drgawki wstrząsały jego ciałem.
— Oby tylko nie umarł, zanim król go wezwie — myślał z trwogą. — Bo wtedy i ja tej nocy nie przeżyję.
Nakazał przynieść mokre szmaty i miskę wody.
— Umyjcie go — rozkazał sługom, a sam wszedł do celi i ukląkł przy chorym. Wahał się, czy nie sprowadzić medyka, ale powstrzymał się. Zaczął ścierać pot z twarzy Jana, gdy nagle usłyszał ledwie słyszalny szept. Pochylił się bliżej.
— Nadchodzi... — wykrztusił więzień. — Twarz jego jaśnieje jak słup ognia, oczy jak błyskawice, w dłoniach sierp... nadchodzi żniwo Pana. Przygotuj mój lud, bo zbliża się dzień sądu...
Strażnik przeszedł dreszcz. Słowa proroka — bo tak go nazywano — wzbudziły w nim niepokój, choć zwykle odrzucał myśli o rzeczach ostatecznych. Wstał gwałtownie.
— Dosyć! — rozkazał surowo sługom. — Wynoście się stąd!
Dokładnie zamknął drzwi i usiadł, nie spuszczając wzroku z leżącego na sienniku człowieka. Jan zdawał się spać, a ciężki oddech unosił wychudzoną pierś.
Kwadrans później na stopniach więzienia rozległy się kroki. Żołnierze Heroda wpadli z butnym i hałaśliwym tupotem.
— Wyprowadzić więźnia! — rozkazali.
— Dokąd go prowadzicie? — zapytał strażnik.
— Z woli łaskawego króla został skazany na śmierć — odparli i pochwycili Jana pod ramiona. Ten jakby nie rozumiejąc, co się wokół niego dzieje, poddał się bezwolnie szarpaniu i ciągnięty przez korytarze zachowywał się tak, jakby przebywał w innym świecie.
— On chyba widzi anioły, spójrz na jego twarz — szepnął strażnik do towarzysza, gdy dotarli na mały plac. Tam tłum gapiów, żądnych rozrywki, szydził, pluł i wyśmiewał skazańca, lecz on tego nie widział. W jego umyśle otwierała się jasność, pochłaniająca i zacierająca wszystko wokół. Szum napełniał mu głowę, przelewał się strumieniem pulsującej w skroniach krwi. Przyciągnęli go do katowskiego pnia i rzucili na kolana.
— Czekam, Panie, na Twoje słowo, objaw się — szeptał Jan, próbując otworzyć oczy, ale jasność oślepiała go od wewnątrz, przytłaczając powieki. Poprzez tętniący w uszach szum przedarły się słowa żołdaka, przybyłego z dworu Heroda:
— Na mocy rozkazu królewskiego Jan, syn Zachariasza, zostaje skazany na śmierć przez ścięcie mieczem. Wykonać!
Jan lekko uniósł głowę. Jasność przygasła, a on zaczął rozróżniać cienie zgromadzonych wokół ludzi. Szukał znajomych twarzy, ale uczniowie w ostatnich chwilach życia nie zostali do niego dopuszczeni. Poczuł, jak mocno krępują mu dłonie na plecach — sznury mocnymi szarpnięciami wrzynały się w nadgarstki. Pukle gęstych, długich włosów, chwycone mocną ręką kata spłynęły po pieńku i zaścieliły kamienny bruk.
Tłum ucichł. Jan oprzytomniał i ostatnim wysiłkiem wypowiedział święte słowa, przekazane przez Mojżesza:
— Słuchaj, Izraelu, Pan jest Bogiem, Pan jedynie.
Błysnął wzniesiony miecz. Ułamek sekundy stał się wiecznością, z której jaśniejąc wynurzyła się gołębica. Jan uśmiechnął się. Znów był małym chłopcem stojącym na dziedzińcu świątyni przy boku swego ojca, wyciągając rękę do ptaków zamkniętych w klatkach. Palce przekręciły kołek blokujący drzwiczki i ptaki z białym furkotem wzbiły się w niebo. Gołębica wpatrywała się w Jana z łagodną życzliwością.
— Leć — wyszeptał chłopiec, pragnąc wznieść się wraz z ptakami w promienne niebo, jasne, pierzaste od chmur, rozświetlone ciepłym blaskiem.
- Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli - zagruchała gołębica i blask zniknął. Na kamiennym bruku potoczyła się głowa Bożego proroka.
Nastała ciemność.