Nienawidziła swoje życie równie mocno, jak je kochała. Co dzień rano budziła się i zastanawiała, czy dzień dzisiejszy przyniesie jej to samo piekło, co wczorajszy, czy też stanie się coś, co pozwoli jej odżyć na nowo?
Bała się wrócić do domu. Wiedziała, że opinia, jaką posiadała była na tyle szkodliwa, że ani brat, ani tym bardziej pedantyczna i praworządna siostra nie zgodziliby się na jej powrót.
A przecież kochała swój dom. Był pełen dziecięcych wspomnień: świeży zapach ogródka, który sadziła własnymi rękami, śmiech, gdy brat stawiał chybotliwy płot, który kozioł uznał za przeszkodę wartą staranowania. Dotyk szorstkiej pościeli suszącej się w sadzie... Jakże bardzo pragnęła tam wrócić.
Dom, w którym teraz mieszkała, kupił dla niej wuj Szymon. Wszyscy wokół zachwycali się hojnością dobrotliwego i miłosiernego faryzeusza, Maria jednak dobrze wiedziała, co kryje się za jego nienaganną reputacją. I nienawidziła go całą swoją pamięcią, duszą i całym swoim sponiewieranym ciałem.
- Jesteś pączkiem róży z gór Saronu – szeptał jej do ucha przyciskając ją do ściany korytarza łączącego pokoje służebne z kuchnią. - Nie powinnaś przemęczać swoich ślicznych dłoni białych jak alabaster...
- Wuju, ciotka prosiła, abym uprzędła jeszcze wełnę... Pozwól mi wrócić do pokoju – broniła się, nieporadnie próbując uwolnić się z jego objęć.
Szymon uniósł się gniewem:
- Jutro pójdę na plac i zakupię pięć kocy, żeby uspokoić Sarę. Bóg stworzył lepsze rzeczy na tym świecie, niż wełna i koc... stara, zrzędliwa kobieta! Zapełnia mój dom stertami ubrań i garnków, jakby miało to jej przynieść zbawienie.
- Wuju, twoja żona dba o ciebie i o dom...
- Gdyby dbała o mnie, zadbała by o siebie. A nie chodziła rozczochrana jak Lillith!
- Wuju – szepnęła przestraszona Maria. – Nie wymieniaj imion demonów! To przynosi nieszczęście...
Niespokojnie obejrzała się. Z przedsionków ktoś nadchodził szybkim krokiem.
- Idź do mego pokoju – szepnął Szymon i wepchnął ją do jadalni. Sam poprawił fałdy szaty i godnym krokiem skierował się do stajni. Tam obejrzał niedawno kupioną klacz, chwilę ponarzekał na brud i niechlujstwo służby i drżąc z utajonego pożądania poszedł do swego gabinetu, gdzie zwykł studiować Torę i gdzie nikt nie miał prawa mu przeszkadzać.
Jednak Marii tam nie było. Dziewczyna targana lękiem – z jednej strony przed gniewem wuja, z drugiej strony opryskliwym narzekaniem ciotki na jej niegospodarność, wolała zabrać się za przędzę. Nie ufała obietnicy Szymona, że kupi jutro koce. Nie ufała już niczemu.
Tymczasem Szymon rozdrażniony chodził po pokoju, próbując uspokoić fale pragnienia, jakie go ogarniało, gdy tylko spojrzał na młodziutką siostrzenicę. Niegdyś z całych sił walczył z tym uczuciem, uważając je za niegodne męża oddanego sprawom Jahwe. Pragnął czynić dobrze — dlatego całkiem szczerze zaproponował Deborze, by Maria zamieszkała w Kafarnaum.
- Nie obawiaj się o swoją córkę – przekonywał ją podczas odwiedzin w Betanii. – Trudno ci po śmierci męża; troje dzieci to wielki ciężar, zwłaszcza gdy syn dopiero przyucza się do rzemiosła. Marta zatroszczy się o dom, jest z niej dziewczyna rozważna, a Maria nauczy się haftu u mojej żony i będzie mogła wspomóc rodzinę, pracując u mistrza Jabboka. To człowiek uczciwy, znam go od dzieciństwa, nie odmówi mi tej prośby.
I tak od słowa do słowa zgodzili się na układ, w którym Maria zamieszkała w domu Szymona, pomagając jego żonie i ucząc się sztuki plecenia nici oraz wyszywania misternych wzorów na zasłonach i kobiercach.
A Maria była zdolna i kochała piękno. Wielu mężczyzn oglądało się za nią, gdy szła przez miasto okryta zasłoną wyszywaną delikatnym, pełnym smaku ornamentem. Sądziła, że wzbudza podziw kunsztem swoich rąk i kwitła pod ciężarem spojrzeń, nie zdając sobie sprawy, że wzorzysta tkanina ledwie skrywała cudowną robotę Stwórcy: świeże, rumiane policzki, głęboki granat oczu i karmin warg odsłaniających lśniące zęby.
Aż przyszła chwila, kiedy i Szymon odkrył skarb, jaki miał w swym domu. I pierwszą jego reakcją była zazdrość, zawistna i gwałtowna. Zabronił Marii wychodzić na miasto, a jeśli już musiała, to tylko o zmierzchu, i jedynie do sąsiednich domostw. Zaczął też częściej zabierać ją do swego pokoju, by czytać jej natchnione Pisma.Wybierał przy tym starannie fragmenty proroków piętnujących niewiasty strojące się dla kochanków, przyrównane przez twarde słowa nagany do rozpasanych wielbłądzic błąkających się po drogach, do nierządnic oddających się na placach mężczyznom.Jego wzrok mimowolnie ślizgał się po jej postaci, widząc ją w zakamarkach wyobraźni leżącą w purpurowym łożu otoczoną gronem kochanków – i wzrastało w nim ukryte pożądanie.
Wiedział, że jego myśli nie są miłe w oczach Wszechmocnego. Nie radząc sobie jednak ze swym uczuciem próbował przebłagać Boga wielością dziesięcin i jałmużny. Nie znajdował jednak ukojenia, rosła za to jego sława, jako pobożnego i szczodrego faryzeusza.
W końcu wyczerpany bojem, jaki staczał z grzechem uległ sromotnie... i zaczął usprawiedliwiać swoją miłość do Marii.
- Panie, Stwórco Wszechświata – modlił się w duchu. – to Ty obdarzyłeś ją pięknem i sprawiłeś, że zamieszkała w mym domu. To Ty objawiłeś jej czar moim oczom. Urzekła mnie sobą, nie moja to wina, że pokochałem ją. Gdybyś stworzył ją bardziej szpetną, nie spojrzałbym na nią nawet przez chwilę. Jak Abiszag królowi Dawidowi, tak dałeś mi ją u schyłku moich lat, bym mógł ciepłym uczuciem obdarzyć moje stare kości, świeżą krew wlałeś w moje członki i przypomniałeś mi radość z kochania, smak pocałunków, duszący zapach wonności… dziękuję ci Jahwe za Marię. Dziękuję za twoją łaskę, błogosławiony bądź Stwórco Wszechświata, stwórco Miłości, stwórco Marii...
Maria nie zdawała sobie sprawy z uczucia, jakie opanowało jej wuja, aż do dnia, kiedy w podczas nauki czytania niby przypadkiem dotknął jej dłoni, a potem suchymi palcami przejechał jej po ramieniu. Wzrok miał przy tym tak dziki i rozpalony, że zadrżała i cofnęła się odruchowo.
- Boisz się mnie, Mario? – zapytał Szymon chrapliwym szeptem.
- Nie, wuju – odparła zlękniona. – Zawsze byłeś dla mnie dobry.
- I nadal będę - szepnął, pochylając się bliżej. - Bądź mi tylko posłuszna, a nie zaznasz biedy. Nauczę cię wszystkiego, co przyda ci się w życiu. Znajdę ci dom, pracę… a może kiedyś dobrego męża, który pokocha cię tak, jak…. – urwał, nie kończąc myśli, ale jego ręka powędrowała w górę i zaczęła bawić się jej czarnymi kędziorami przy karku. Maria poczuła nagły wstręt, jakby dotykał ją nie bliski krewny, lecz stary, obcy człowiek, którego spojrzenie paliło ją jak rozżarzony węgiel. Zerwała się.
- Wuju, zapomniałam zarobić zaczyn na chleb. Ciotka będzie zła. Muszę już iść – i nie czekając na jego odpowiedź wybiegła z pokoju.
Od tamtej pory unikała lekcji. Szymon również jakby się uspokoił. Zaczął częściej wyjeżdżać w interesach, a Maria zaczęła samodzielnie sprzedawać swoje hafty miejscowym handlarzom. Wycieczki na miasto dawały jej zawsze wiele emocji, lubiła zaglądać do sklepu z pachnidłami, gdzie młody sprzedawca z roześmianymi oczami podsuwał jej próbki greckich i fenickich perfum, skrzętnie chowane przed właścicielem.
Pewnego wieczoru, kiedy wróciła do swego pokoju, zastała tam Szymona. Stał przy półce z flakonikami i jeden po drugim testował ich zawartość. Stanęła zlękniona w progu.
- Witaj, wuju, cieszę się, że wróciłeś.
Dłuższą chwilę nie odpowiadał, potem usiadł na jej łóżku.
- Skąd to masz?
- Dostałam w prezencie od Beniamina, sprzedawcy pachnideł. To chyba nic złego?
- Interesujesz się nim?
- Nigdy nie myślałam o nim w taki sposób. Po prostu lubimy się.
- Jeśli dostajesz tak kosztowne prezenty, to nie jest już zwykłe lubienie – odparł z wyraźną irytacją. – Jutro oddasz mu to wszystko.
- Dobrze, wuju - odparła pokornie Maria, choć żal ścisnął jej serce na myśl o flakonikach, które tak kochała.
Szymon wstał i sięgnął do leżącej w kącie torby.
- Przywiozłem ci z podróży prezent. Myślę, że docenisz go bardziej niż prostackie butelki Beniamina. Był bardzo drogi, szukałem go u wielu kupców sprowadzających swe towary z zamorskich krain. Patrz!
Wyciągnął z wnętrza torby złoty naszyjnik wysadzany błękitnymi turkusami i drobnymi perłami. Maria patrzyła jak urzeczona. Nigdy czegoś podobnego nie widziała.
- Podoba ci się? – uśmiechnął się Szymon. – Będzie piękniejszy na twej szyi. Podejdź do mnie, założę ci.
- Wuju, nie powinieneś... Takie klejnoty noszą tylko królowe...
- Ty jesteś królową. Mówię, żebyś podeszła. Chyba, że wolisz te gliniane kubki z pachnidłami...
Naszyjnik objął chłodem jej szyję. Dotknęła palcami gładkiej powierzchni pereł. Na karku czuła gorący oddech Szymona. Po chwili objął ją w pasie i obrócił twarzą do siebie.
- Czy ktoś powiedział ci już, jak bardzo jesteś piękna?
Zamilkła i spuściła oczy. Szymon puścił ją, podszedł do drzwi i przekręcił zasuwę. Potem, stojąc naprzeciw niej, podparł się pod boki. Przyglądając się jej zaczął mówić:
- Przemierzyłem drogę aż do Sydonu, jednak nie potrafiłem o tobie zapomnieć. W każdą noc gwiazdy nade mną przypominały mi twe oczy, każdy gorący oddech wiatru przywodził na pamięć twój ciepły dotyk, mijane białe wieże miast mówiły mi: Patrz! Śnieżność nasza jest jak jej zęby, jak one białe, jak one mocne. Uciekałem od ciebie i nie mogłem uciec, aż w końcu wróciłem, by wyznać ci to, co pragnę powiedzieć już od miesięcy.
Podszedł do zaskoczonej i przestraszonej tym przemówieniem Marii i ujął ją za rękę.
- Posłuchaj, co zadecydowałem. Nie potrafię żyć bez ciebie. Oddalę moją żonę Sarę, a ciebie pojmę za żonę. Cały mój dom będzie należeć do ciebie, będziesz tu jedyną gospodynią, wszystko, co moje będzie twoje...
Maria zbladła. W jej oczach pojawił się przerażony błysk.
- Wuju, co ty mówisz?
- Mówię to, co postanowiłem. Ten naszyjnik to mój dar ślubny.
- Proszę, wuju, ty żartujesz ze mnie...
- Ja? Żartuję? – zaśmiał się Szymon. – Nie, nie w głowie mi żarty. Kocham cię i chcę cię pojąć za żonę. Jutro skoro świt przygotuję list rozwodowy i zarządzę zaślubiny...
Maria w panice wyrwała rękę i próbowała wyminąć wuja. Chciała wybiec z domu i pobiec do Betanii, do matki i rodzeństwa. Szymon chwycił ją za suknię.
- Dokąd to, Mario? Nie w smak ci moja propozycja? Masz godniejszego ode mnie kandydata? – Wzrok mu padł na ustawione przy łożu flakoniki. – Ach, rozumiem... jestem za stary. Wolisz tego młokosa Beniamina, wolisz pachnącą biedę, niż moje oddanie i moją miłość. Zasmakuj więc tej biedy!
Popchnął ją na łóżko, potem chwycił jeden flakonik i wylał na nią jego zawartość. Ostry zapach uderzył mu do głowy dzikością i czując głęboką zazdrość o uczucie, które Maria oddała innemu – skrzywdził ją do głębi...
***
Czekali na nią.
Zamknięci w mieszkaniu kupionym za nieprawe pieniądze, drżeli w gorączce ochoty działania. Z chęcią wybiegli by jej naprzeciw, zatopili w niej swoje kły, rozerwali by na strzępy jej jaźń, duszę, nawet ciało - ale musieli czekać. Zbyt silna była jeszcze jej ochrona.
- Nadchodzi - szepnął Strach, stojący najbliżej drzwi, czujny jak dziki pies. Pozostali drgnęli i skulili się pod osłoną szarych płaszczy.
Drzwi skrzypnęły i Maria weszła do pokoiku ogarniętego ciemną opończą nadchodzącego wieczoru. Rzuciła w kąt węzełek z ubraniem i usiadła na łóżku. Trwała chwilę nieruchomo wpatrzona beznamiętnie w pustą ścianę. Biały tynk pachniał jeszcze świeżą farbą, twarda podłoga nakryta była słomianą plecionką. Westchnęła i schowała twarz w dłoniach.
To wystarczyło.
Spojrzeli po sobie porozumiewawczo i pierwszy Strach wysunął się ze swojego kąta. Delikatnie zajrzał do jej umysłu badając grunt, w który chciał zanurzyć swoje szpony. Powoli zagłębiał się poprzez gęstwinę myśli, szukał miejsc miękkich, nieopancerzonych. Tych, gdzie drgało pytanie: „co teraz?”, „co jeśli…?”, „czy ktoś jeszcze mnie znajdzie?”
I wtedy przed jego demonicznymi oczami rozbłysła wstęga polnej drogi wiodącej do małego domku w Betanii. Widok był tak oślepiający, tak wypełniony tęsknymi zapachami kwiatów, że demon cofnął się o krok, zmrużył oczy i zasyczał jak poparzony.
- Zbyt żywa - burknął. - Zbyt jeszcze ciepła od wspomnień. Nie wniknę. Nie teraz.
Skinął na Zniechęcenie.
- Musisz pokazać jej to, co ją teraz dotknęło, inaczej nie wykonam swego zadania - burknął zły i zawiedziony, że nie dane mu było rozpocząć swego dzieła zniszczenia.
Zniechęcenie, chude i pokraczne zaśmiało się ironicznie. Podsunęło się bliżej i zionąc swoim odorem rezygnacji, otulił Marię jak dym. Powoli, bez gwałtu...
Dreszcz wstrząsnął ramionami dziewczyny. Uniosła powieki, spojrzała wokół — i wtedy ujrzała różnicę. Tam — ogród, dziecięcy śmiech, twarz matki. Tu — pustka, nędza, pęknięty sufit, cichy pokój, którego nikt nie odwiedzi. Kontrast pomiędzy wspomnieniami a tym, na co teraz spoglądała był tak silny, że choć zmrok zapadał coraz głębszy, to straciła nawet ochotę na wyjęcie lampki oliwnej i zapalenie jej. Przemogła się jednak i sięgnęła do bagaży.
- Słabeusz - prychnęło pogardliwie Upokorzenie, chuderlawy demon o twarzy kpiarza. - W ten sposób nigdy nie sprawisz, że odechce jej się żyć. Nie wiesz, że jak robi się ciemno i zimno, to ludzie bardziej dbają o siebie? Instynkt samoobrony, rozumiesz...
- To sam zaczynaj, jak jesteś taki mądry - Zniechęcenie opuściło szpony i zwinęło skrzydła. Demon usiadł w rogu pokoju i udawał, że przestały go interesować poczynania zebranych w pokoju istot. Jednocześnie bacznie śledził wszystko, co działo się wokół Marii.
Tymczasem dziewczyna oporządziła knot i w chwilę potem światło rozproszyło ciemność. Zaczęła rozpakowywać swój dobytek. Niewiele tego było. Mały warsztat tkacki, który wyprosiła u ciotki postawiła pod oknem, ciepłym kocem, który służył jej jednocześnie za okrycie nocne zasłała łóżko, obok, na małym stoliku rozstawiła przybory do pisania. Przez dłuższą chwilę przyglądała się rysikowi. Gładkie od długiego trzymania w męskich, twardych dłoniach drewno przypomniało jej gabinet wuja i jego starania się... o co? O jej wykształcenie?
Gorycz wykorzystał lukę, jaka wytworzyła się w jej myślach. Nie ostrzegł nikogo. Wpadł jak trucizna.
- I cóż ci dała ta wiedza? - syknął. - Możesz pisać listy, których nikt nie będzie czytać. Nawet nie poślesz umyślnego do rodziny, bo się ciebie wyrzekła... i kto ci to uczynił? Twój dobroczyńca! Twój nauczyciel, żywiciel, a tak naprawdę... twój kat! Ten, który zniszczył cię w chwili, gdy dopiero wchodziłaś w życie, niech będzie przeklęte jego imię!
Maria, przepełniona żalem ścisnęła rysik tak mocno, że ten pękł w jej dłoni z suchym trzaskiem. Ale ona tego nie zauważyła, tak jak nie dostrzegła podnoszącego się pod chropowatą ścianą potężnego, odzianego w czarną, zakrwawioną szatę demona Zemsty.
- Ja wezmę to, co mi przysługuje - powiedział. - Uczynię go imieniem przekleństwa. Niech jego mowa zamilknie. Niech jego dom runie. Niech jego ciało przestanie znać spokój. Poprowadzę cię do sprawiedliwości, Mario. Krwią zapiszesz jego winy.
W jej oczach zabłysła iskra. Ale jeszcze nie płomień. Jeszcze nie.
Wtedy od ściany oderwała się Pożądliwość. Wślizgnęła się bezszelestnie, bezcielesna, ale lepiąca się jak miód z brudem. Szeptała nie wprost, tylko w obrazach, dotykach i westchnieniach. I Maria znów zobaczyła wspomnienie Beniamina, który na jej widok zrywał się z uśmiechem i tak żywo opowiadał jej o pochodzeniu roślin, z których robił perfumy. Co się z nim dzieje? Czy jeszcze ją pamięta? Czy chciałby związać z nią swój los, gdyby wuj nie odebrał jej dziewictwa? Czy miałaby lepszą z nim przyszłość?
Pożądliwość zasyczała z rozkoszy.
I wtedy nadeszła Ona. Samozagłada.
Nie miała postaci. Była jak ciemność po zgaszeniu ostatniego światła. Jak studnia, z której nikt nie wraca. Jej obecność była ciszą bez końca i bez początku. Wślizgnęła się w jej myśli. Powiedziała tylko jedno:
- Nie jesteś już częścią żadnej historii.
Maria znieruchomiała. Jej ciało zgięło się, jakby dotknięte nagłą słabością. W oczach zgasło światło. Ręce opadły na kolana. Świeca zgasła, a siedem demonów otoczyło ją ciasnym kręgiem. Ich dzieło dopiero się zaczynało.
Ale gdzieś daleko, w miejscu, gdzie nie dochodziły ich szepty, czekał Ktoś, kto znał jej prawdziwe imię. Jeszcze nie wezwał. Ale spojrzał.
I zaczął iść.
***
Czas płynął, lecz nie przynosił ulgi. Dni stawały się jednakowe, jak krople wody spadające z pękniętego dzbana, przezroczyste i bez znaczenia, znikające w prochu.
Jej organizm zaczął żyć obok niej. Czuła się tak, jakby niezależnie od niej samej ktoś lub coś przejęło kontrolę nad jej umysłem. Ciało i jego potrzeby oddzieliło się od psychiki. Co rano myło się, ubierało, przygotowywało posiłek, ale uśpiony umysł, jak bezwolne dziecko ciągnięte za rączkę szedł za nim, przez cały czas powtarzając: "a ja nie chcę, po co mi to".
Nocami Strach szeptał jej do ucha: „Nie jesteś bezpieczna. On tu wróci. On cię znajdzie. Wszyscy są tacy jak on.”
Zniechęcenie czekało na poranek. „Nie masz dokąd iść - przekonywało uparcie. - Nie warto nic zaczynać, wszystko jest próżne. Nikt nie zobaczy twej pracy, twego piękna, twego cierpienia.”
A więc siedziała godzinami w ciszy, z igłą w ręce i wzrokiem wbitym w tkaninę, nie dostrzegając nawet kolorów. Gdy próbowała się podnieść, Upokorzenie przygniatało ją poczuciem winy: „Pamiętasz, co zrobił? Pamiętasz, jak milczałaś, jak uciekłaś? Jak patrzyli na ciebie na targu? Jakbyś była winna. A może jesteś?”
Gdy pomyślała o rodzinie i Bogu, Gorycz wlewała jej do serca jad: „Czemu cię nie ochronili? Czemu cię nie słuchali? Czemu cię zostawili?”
Gdy modliła się cicho do Boga Abrahama, jej serce pozostawało zimne. Jedyne, co ją rozpalało, to Zemsta. Była ogniem, który podtrzymywał ją przy życiu.
„Kiedyś wrócisz do Kafarnaum. Staniesz w jego drzwiach. Powiesz wszystkim. Spalisz go jednym spojrzeniem.” I wtedy Maria czuła siłę. Ale była to siła jadu, nie miłości.
Zniechęcenie wypełniło ją do reszty. Nawet przestała się bronić. Czasem brała do rąk flakonik maści nardowej od Beniamina, ale demony nie pozwalały jej na jakąkolwiek radosną myśl. Odkładała go na półkę, a demony śmiały się i zacierały ręce. Wiedziały dobrze, że jeśli doprowadzą ją do dna rozpaczy... wtedy dokona swego dzieła Samozagłada. A oni odbiorą swoją nagrodę.
Od czasu do czasu zaglądał do niej wuj, niby sprawdzając, jak jej się wiedzie. Zawsze po takich wizytach czuła się tak brudna i skażona, że gwałtownym ruchem napełniała misę wodą i szorowała ciało do czerwoności. A potem, jakby pragnąc zgasić świadomość zapomnieniem, wychodziła na ulicę, a demon Pożądliwości na zmianę z Goryczą wpychał ją w ramiona kręcących się po zaułkach mężczyzn…
Pożądliwość szeptała o czułości. Łatwej i fałszywej.
„Ciało masz piękne. Zrób z niego oręż. Władza nad mężczyzną to władza nad światem. Już nie będziesz ofiarą.”
Zaczęła nosić więcej barw, używać woni. Czasem uśmiechała się do nieznajomych. Ale w oczach miała pustkę. W bezwstydzie i upadku, gdzie zapach taniego wina mieszał się z dusznym powietrzem, Maria traciła resztki siebie. Jednak nawet wtedy Demony nie były w pełni zaspokojone — każdy gest, każdy pocałunek, każde upokorzenie było tylko kolejnym rozdziałem ich piekielnej księgi.
Strach, z oczyma błyszczącymi jak czarne brylanty, siedział w kącie jej serca i patrzył, czy zadrży na najmniejszy szmer. Zniechęcenie ściskało gardło, odbierając oddech i siły, by walczyć. Upokorzenie wślizgiwało się pod skórę, zatruwając każdy oddech. Gorycz mieszała się z łzami, a Zemsta szykowała się na moment, gdy cierpienie osiągnie kres. Pożądliwość śpiewała swoją fałszywą pieśń, pchając ją dalej na dno. A Samozagłada czekała cierpliwie, jak głodny wilk, gotowa pochwycić duszę, gdy ta ulegnie rozkładowi.
Maria, choć była żywa, tkwiła w pułapce własnego ciała i umysłu, była więźniem siedmiu demonów, które powoli, ale nieubłaganie, odbierały jej wszystko, co jeszcze pozostało.
***
To był zwykły dzień. Słońce jak zawsze wspinało się po niebie, kurz unosił się nad drogą, a głosy tłumu mieszały się z odgłosami miasta i śmiechem dzieci.
Maria obudziła się bardziej zmęczona niż zwykle. Sen duszącym całunem kleił jej powieki, nachyliła się nad misą wody i opłukała twarz. Myśli nieskładnie próbowały ułożyć jej plan dnia. Wykończyć haft na brzegu sukni dla wymagającej klientki. Zrobić zakupy na pobliskim targu. Jednak niechęć i brak celu brały w niej górę. Osłoniła twarz chustą i wyszła z domu. Nie chciała być rozpoznana. Zbyt wielu ją znało, ale nikt tak naprawdę jej nie znał.
Szła jak w transie. Nie wiedziała, czemu wyszła z domu. Stopy same ją niosły. Przeszła wiele ulic, zanim stanęła na obrzeżach małej wioski. Przy wzgórzu zgromadził się tłum. Ludzie stali ciasno, z oczami szeroko otwartymi, skupieni na kimś, kto mówił spokojnym, jasnym głosem. Nie rozumiała, dlaczego ten głos ją tak przyciągał do siebie, był cichy i spokojny, a jednocześnie miał w sobie moc.
Usiadła z boku, w cieniu. Nie chciała być zauważona. Nie po to tu przyszła.
Mężczyzna siedział na kamieniu. Miał na sobie prostą tunikę, twarz opaloną, dłoń spoczywała na kolanie. Jego spojrzenie przechodziło po ludziach jak powiew wiatru — łagodne, ale przenikliwe. I wtedy spojrzał na nią. Jego słowa, choć skierowane były do tłumu, w szczególny sposób dotykały jej duszy.
- „Pewien siewca wyszedł siać...”
Maria uniosła głowę.
- „A gdy siał, jedno ziarno padło na drogę, przyleciały ptaki, i wydziobały je. Inne padło na grunt skalisty, gdzie nie miało wiele ziemi, i wzeszło prędko, bo nie miało korzenia, ale spaliło się na słońcu. Jeszcze inne padło między ciernie, a ciernie je zadusiły. Ale inne padło na ziemię żyzną. I wydało plon — trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny, a nawet stukrotny.”
Cisza zapadła.
Maria patrzyła na jego twarz. Nie znała tego człowieka. Ale ziarno już zostało rzucone.
W jej myśli pojawił się obraz: jej serce jak ziemia — spękana, wyschnięta, pełna cierni. Czy coś mogło tam wyrosnąć?
- „Kto ma uszy do słuchania, niech słucha.”
Słuchała.
Ale nie tylko uszami. Całą sobą. Bo nagle zrozumiała, że on nie mówi do tłumu. Mówi do niej. Do wnętrza, które dawno uznała za umarłe.
Potem, gdy ludzie zaczęli się rozchodzić, Maria pozostała przy wzgórzu. Słońce schodziło niżej. Wiatr poruszał liśćmi figowca. Czuła, jakby coś ją dotknęło — nie fizycznie, ale głęboko, delikatnie, lecz nieodwołalnie. I wtedy po raz pierwszy poczuła, że chce żyć. Naprawdę żyć. Jeszcze nie wiedziała jak, jeszcze nie potrafiła. Ale ziarno już było w niej.
Nie podeszła do Niego. Jeszcze nie. Zbyt wiele w niej było lęku, zbyt wiele ran. Ale od tej chwili nosiła w sobie echo Jego słów — jak nasienie ukryte w ziemi, czekające na pierwszy deszcz.
***
Nadal klęczała w tym samym miejscu, gdy zapadła noc. Nie miała ochoty wracać do swego pokoiku, gdzie wszystko przypominało jej dawne życie. Z drugiej strony - nie wiedziała co ma robić dalej. Głód zaczął się w niej odzywać, jednocześnie zaczęły się w niej podnosić przytajone dotąd głosy. Strach pierwszy uniósł głowę.
- Tracimy ją - jęknął cicho.
- Jeszcze nie - syknęło Zniechęcenie. - Zobacz, jak drży, jak się ciągle waha. Nadal myśli, że to nie dla niej. Jeszcze pamięta wstyd. Możemy sprawić, że nie uwierzy w swoje zbawienie.
- Ale ona już nie patrzy na nas - zawyło przerażone Upokorzenie. - Patrzy w Jego stronę. Jakby naprawdę sądziła, że On ją zna... i nie odwraca wzroku!
Gorycz zasyczała i uderzyła pięścią w ścianę świadomości.
— Przypomnijmy jej. Niech wspomni siostrę, która zamknęła przed nią drzwi. Brata, który zamilkł. Wuja... ach, przecież my wiemy, co robił, kiedy wszyscy spali. Niech przypomni sobie smak tamtych nocy. Niech śmierdzi sobą.
Zemsta zaśmiała się drwiąco.
— Albo niech pójdzie i powie Mu, co myśli o Jego łasce. Niech Mu splunie pod nogi. Przecież wystarczy jedna myśl, jedna iskra bólu, by zamienić jej serce w proch.
A wtedy odezwała się Pożądliwość — słodki, obrzydliwy głos, miękki jak miód, zgniły jak trup.
— Dajcie mi jedną noc. Jednego z tych mężczyzn, którzy nadal na nią patrzą. Tylko jednego. I wróci do nas. Nie potrzebuję wiele. Tylko dotyk. Tylko odrobinę ucieczki. Tylko... zapomnienie.
Cisza. I wtedy z tyłu, powoli, jak cień, który nie ma kształtu, przysunęła się Samozagłada.
Nie mówiła. Ale w jej obecności czuło się jedno: koniec. Milczała, jakby już planowała upadek Marii — nie dziś, może jutro, może za tydzień. Kiedy będzie sama. Kiedy łaska wyda się snem. Kiedy usłyszy: „To wszystko jest złudzeniem. Nic się nie zmieniło.”
— Jeszcze ją mamy — powiedział w końcu Strach, zbyt nerwowo. — Wciąż możemy siać... swoje ziarno.
***
Od tamtej przypowieści minęło wiele dni. A może tygodni? Maria nie liczyła czasu. Czas przestał mieć znaczenie, odkąd usłyszała Jego głos.
Nie szła już ulicą tak, jak wcześniej. Nie szukała spojrzeń mężczyzn, nie potrzebowała ich dotyku — a raczej: nie pozwalała już, by demony pchały ją w ich ramiona. Choć wciąż w niej były. Nadal budziła się z uczuciem duszenia, z palącym pragnieniem, by znów się skalać i znienawidzić.
Ale w tych chwilach przypominała sobie tamtą przypowieść o ziarnie. I wtedy szła za Nim. Nie w tłumie. Z dystansu. Wciąż była brudna, zbyt winna, by stanąć z Nim twarzą w twarz. Obserwowała, jak uzdrawia ślepych, jak wyciąga dłonie do trędowatych, jak śmieje się z dziećmi i płacze nad wdowami. I w każdym z tych gestów było coś, co ją przyciągało, jakby On był źródłem, a ona — popiołem łaknącym deszczu.
Wreszcie przyszedł dzień, w którym nie mogła już tylko patrzeć.
To było poza Kafarnaum. Jezus odpoczywał pod drzewem, otoczony uczniami. Maria stanęła na skraju gaju. Nie chciała podejść. I nie musiała. On sam odwrócił się nagle, jakby wiedział, że tam jest. Jakby ją czuł.
Ich spojrzenia spotkały się.
A potem On powiedział:
- Mario.
To jedno słowo otworzyło w niej wszystko. Tak jakby całe życie czekała, aż ktoś je wypowie w ten sposób. Bez pogardy. Bez oceny. Bez znudzenia. Nie nazwał ją nierządnicą, albo córką grzechu, ani nawet tą, której się unika. Po prostu - Mario.
Kolana jej się ugięły i upadła na ziemię. Jezus podszedł do niej powoli, bez pośpiechu. Uczniowie patrzyli zdziwieni. Ale On patrzył tylko na nią.
- Znasz moje imię? - wyszeptała.
- Znałem cię, zanim zostałaś skrzywdzona. Znałem cię, zanim wybrałaś ciemność. I nigdy nie przestałem cię wołać.
Maria płakała. Nie z rozpaczy, ale z kapitulacji wobec Jego Miłości. Jakby nagle zobaczyła siebie nie taką, jaką ją uczyniono, ale taką, jaką została stworzona. Ale w tym samym momencie poderwało się z wyciem i skomleniem siedem demonów i zaatakowało ją w ostatnim geście rozpaczy. Wrzask wypełnił jej głowę:
- Kłamca! - wrzeszczała Gorycz.
- On cię nie zna! - skamlał Strach.
- On cię zostawi! - skowyczało Upokorzenie.
- Jesteś zbyt brudna! - pluło Zniechęcenie.
- Nie wytrzymasz w Jego świetle! - szlochała Pożądliwość.
- Nie ma dla ciebie miejsca pośród świętych! - szydziła Zemsta.
Jedynie Samozagłada milczała porażona światłością, jaka biła od Jezusa. A światłość narastała, gdy Jego dłoń spoczęła na jej głowie.
- Mario - powtórzył.
Z ust Marii wyrwał się skowyt. Nie ludzki. Nie kobiecy. To było wycie tych, którzy do tej pory mówili jej głosem. Jezus uniósł wzrok ku niebu i powiedział z mocą:
- Odejdźcie. Nie należy już do was.
Strach pierwszy krzyknął i wycofał się, sycząc jak ogień zalany wodą. Potem Zniechęcenie, Gorycz, Zemsta — jeden po drugim, jak cienie wypędzane światłem poranka. Pożądliwość i Upokorzenie próbowały zawrócić, ale nie było już drzwi. Samozagłada trwała najdłużej. Nie chciała odejść. Milczała. Dopiero gdy Jezus dotknął serca Marii, ta milcząca ciemność rozpadła się w proch.
I wtedy nastała cisza. Nie pustka, ale cisza, w której pierwszy raz od lat można było oddychać. W której było słychać własne bicie serca. I oddech Boga.
Jezus uklęknął przy niej. Jego ręka była nadal na jej ramieniu.
- Jesteś wolna.
Nie powiedział: „Już nie grzesz.” Nie powiedział: „Zmień się.” Tylko: „Jesteś wolna.”
I ona wiedziała, że jest.
***
Wieczór spływał na miasto powoli, jak ciemne, gorzkie wino. Kamienne mury domu Szymona połyskiwały w ciepłym świetle oliwnych lamp. Dom Szymona był duży, starannie utrzymany, z szerokim dziedzińcem otoczonym kamiennymi kolumnami. Tam właśnie rozstawiono niskie stoły, słudzy rozmieścili wokół nich miękkie poduszki i dywany. Zgodnie z obyczajem goście nie siedzieli, lecz kładli się na lewym boku, prawą ręką sięgając po potrawy. Nogi zostawały za nimi — symbolicznie: poza sferą świętości, dotykające ziemi, najmniej ważne.
Szymon był faryzeuszem o dobrej reputacji, właścicielem domu z dwiema studniami, trzema dziedzińcami i długą listą gości, których zapraszał z rozwagą. Nie robił nic pochopnie. A już na pewno nie zbliżał się do ludzi, którzy nie byli „czyści”.
Ale Jezus... był wyjątkiem. Chociaż Szymon nie przyznałby tego głośno, coś w tym Nauczycielu nie dawało mu spokoju. Był intrygujący, nieodgadniony. Nie był uczonym, a potrafił swoim wywodem rozjaśnić mroki Pisma. Nie był kapłanem, a mówił z takim autorytetem, jakby znał Boga nie z ksiąg, ale z przyjacielskiej rozmowy. Nie pochodził z żadnej uznanej szkoły, a jednak faryzeusze nie potrafili Go uciszyć.
A ludzie? Ciemny lud? Biedni, chorzy, kobiety okryte złą sławą - oni garnęli się do Niego jak dzieci do ojca. I co gorsza - On ich nie odtrącał. Nie bał się nieczystości. Przestrzegał Prawo nie z nabożnym drżeniem, ale z wolnością.
Dla Szymona to było niebezpieczne. Ale też... intrygujące.
Zaczął słuchać o Nim ukradkiem. Potem posłał sługę, by przysłuchiwał się, gdy Jezus nauczał przy bramie. Wreszcie postanowił, że Go zaprosi do siebie. Nie dlatego, że wierzył, ale by Go sprawdzić, bo może to wszystko jest tylko zręczną retoryką. Może wystarczy zadać Mu kilka właściwych pytań przy stole, na oczach gości i Jego iluzja pęknie.
Szymon nie lubił niespodzianek. A Jezus był chodzącą niespodzianką.
Był jeszcze inny powód, głęboko ukryty, którego Szymon nie powiedziałby nawet sobie. “A jeśli to naprawdę Mesjasz?” Nie taki, jakiego się spodziewali, nie wojownik. Nie król w zbroi, ale... posłaniec światła. Głos przebaczenia. A jeśli to On? Jeśli tak — Szymon nie chciał być po złej stronie. Dlatego Go zaprosił do siebie. Ustawił stoły. Kazał podać oliwę, daktyle, chleb i pieczone mięsa. Uczniowie Jezusa też mogli przyjść. “Niech ludzie widzą, że jestem otwarty. Że potrafię rozmawiać z każdym.”
Szymon starał się sprawić, by uczta była wystawna, głośna, pełna słów i spojrzeń. Był zapach mięsa — jagnięcina z przyprawami. Były daktyle, oliwki, słodkie wino i figi. W kątach dziedzińca kręcili się słudzy, cicho jak cienie, z dzbanami i misami. Rozmowy toczyły się półgłosem, grzeczne, ale napięte — wszyscy wiedzieli, kto jest gościem honorowym. I że nie pasuje do ich wykwintnego towarzystwa. O to też Szymon się postarał, by pokazać całym sobą różnicę między bogatymi faryzeuszami, a cichym, ubogim Nauczycielem.
Nie podał Mu wody do obmycia stóp. Nie ucałował Go na powitanie. Nie namaścił Jego głowy olejkiem. Jego zaproszenie nie było z miłości, lecz przesłuchaniem w przebraniu gościnności.
A Jezus wszedł spokojnie, z prostotą. Nie uśmiechał się ani nie prężył dumnie. Ale jego obecność miała w sobie ciężar, który trudno było zignorować. I dlatego właśnie, mimo chłodnej gościnności, wszystkie oczy były skupione na Nim.
Szymon po suchym, formalnym przywitaniu dłuższy czas milczał obserwując Jezusa. Przysłuchiwał się rozmowom i przygotowywał temat, który ujawni, że nauki Jego są podszyte hipokryzją.
- Rabbi - odezwał się po jakimś czasie, z uprzejmym dystansem. - Słyszałem, że często mówisz o przebaczeniu...
Jezus nie odpowiedział od razu. Sięgał po chleb, łamał go, dzielił z innymi. Jakby słuchał głębiej, niż się wydawało. Szymon czekał na odpowiedź, może nawet na jakiś błąd, który pozwoliłby Mu zarzucić herezję.
I wtedy stało się coś, czego nie przewidział nikt.
Za plecami biesiadników, przez półotwarty dziedziniec, wkroczyła kobieta. Jej twarz była zasłonięta, ale sylwetka rozpoznawalna. Goście zamilkli — i w tym milczeniu zawarło się wszystko: pogarda, zgorszenie, szeptane wspomnienia.
To była Maria.
Szymon w pierwszym momencie zawrzał oburzeniem, widząc jednak, że podchodzi do Jezusa, zamilkł i obserwował, jak zachowa się Jezus. Razem z nim obserwowali Go w milczeniu wszyscy goście. A Maria nie patrzyła na nikogo, tylko na Niego. Desperację, z jaką podjęła decyzję przyjścia na ucztę swego wuja potęgowało pragnienie ujrzenia swego Mistrza.
Podeszła z tyłu, gdzie leżały Jego stopy. Uklękła. I zanim ktokolwiek zdążył ją wyrzucić, zanim słudzy zdążyli zareagować, łzy spadły na Jego stopy.
Jedna, druga, dziesiąta.
Myła Go łzami, jakby chciała obmyć nie tylko kurz z jego nóg, ale całą hańbę swojego życia. Włosy, dotąd związane, opadły i zaczęła nimi ocierać Jego stopy. W końcu wylała wonny olejek i cały dziedziniec wypełnił się zapachem nardu. To otrzeźwiło zdumionych gości. Zaczęli szeptać ze sobą, a Szymon pełen pogardy pomyślał w duchu, że gdyby Jezus był prorokiem, wiedziałby, kim jest ta kobieta, która Go dotyka i jakie życie prowadzi…
Nie zdążył otworzyć ust, gdy Jezus odwrócił się do niego i powiedział:
- Szymonie, mam ci coś do powiedzenia.
Faryzeusz skinął lekko głową.
- Powiedz, Nauczycielu.
- Dwaj dłużnicy mieli wierzyciela. Jeden był winien pięćset denarów, drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który z nich będzie go bardziej miłował?
Szymon odpowiedział niemal mechanicznie, jak ktoś, kto zna poprawną odpowiedź, ale nie widzi jeszcze, że to o nim mowa:
- Sądzę, że ten, któremu więcej darował.
- Słusznie osądziłeś.
I wtedy Jezus odwrócił się do kobiety, która wciąż klęczała u Jego stóp, a do Szymona powiedział:
- Widzisz tę kobietę?
Wszyscy zwrócili uwagę, że nie nazwał ją grzesznicą, ani niegodną. Po prostu nazwał ją - kobietą.
- Wszedłem do twego domu, a ty nie podałeś mi wody do nóg, ona zaś łzami obmyła mi stopy i włosami je otarła. Nie pocałowałeś mnie, a ona od chwili, gdy wszedłem, nie przestała całować moich stóp. Głowy nie namaściłeś mi olejkiem, a ona olejkiem namaściła moje stopy.
Każde zdanie było jak miecz wymierzony w Szymona, ale nie po to, by ranić, ale by otworzyć. Szymon czuł, jak opadają warstwy jego pozornej pobożności. Nie mógł zaprzeczyć. Ale nie mógł też się do tego przyznać.
- Dlatego powiadam ci - kontynuował spokojnie Jezus. - Odpuszczone są jej liczne grzechy, bo bardzo umiłowała. Komu zaś mało się odpuszcza, mało miłuje. - Spojrzał na Marię i mówił już nie o niej, ale do niej. - Twoje grzechy są odpuszczone. Idź w pokoju.
***
Szymon długo milczał po uczcie. Goście rozeszli się, słudzy zebrali resztki jedzenia, a zapach olejku, którym Maria namaściła stopy Jezusa, wciąż unosił się w powietrzu. Był wszędzie. Przeniknął tkaniny, drewno, nawet jego skórę. I to doprowadzało go do szału.
Jak to możliwe, że ten samozwańczy nauczyciel nie wypowiedział nad nią ani jednego słowa potępienia? Jak to możliwe, że Szymona — człowieka prawowiernego, czystego, oddanego Prawu — zganił spojrzeniem i przypowieścią?
Gdy wszyscy milczeli z zakłopotania, on płonął w środku. Ale nie był to ogień skruchy.
Był to ogień pychy, urażonej dumy i wstydu, który nie mógł znaleźć ujścia.
Tej nocy nie spał. Chodził po domu tam i z powrotem. Patrzył na miejsce, gdzie siedział Jezus, a w jego sercu zrodziła się nienawiść. Chciał zniszczyć nie tylko Rabbiego z Nazaretu, ale przede wszystkim tę która kiedyś go odrzuciła, a teraz wybrała biednego nauczyciela za swego mistrza. Przecież tyle jej poświęcił! Wynajął dla niej dom, wyposażył w warsztat pracy, a ona najlepsze pachnidło przeznaczyła dla tego, który nic dla niej nie zrobił. Co za niewdzięczność!
Szymon czuł, że grunt usuwa mu się spod nóg. Nie był faryzeuszem z krwi i kości, był bardziej człowiekiem wpływów niż litery. Nie dbał o Prawo, dopóki nie mogło mu ono posłużyć jako narzędzie. Jego dom tętnił życiem, a uczty, które wydawał, przyciągały możnych i spragnionych władzy. Fakt, że Maria wybrała Jezusa zamiast niego bolał go jak stara rana, która znów zaczęła krwawić. Chciał ją zniszczyć. Ale jeszcze bardziej chciał skompromitować Jezusa. Zrównać go z prochem. Pokazać ludowi, że ten, który naucza o miłości, nie potrafi rozpoznać grzechu.
I wtedy przyszedł mu do głowy plan. Subtelny. Religijny. Bez krwi. „Skoro nie potrafi potępić jej jako nierządnicy... sprawdźmy, czy potrafi osądzić ją jako cudzołożnicę.” Usta Szymona ułożyły się w cień uśmiechu.
Kilka dni później spotkał się potajemnie z dwoma innymi mężczyznami, którzy znali Marię jeszcze z dawnych czasów. Jeden z nich był wpływowy, drugi chciwy. Obaj skorzy do użycia kobiet, a potem udawania, że ich nie znają.
- Przyprowadźcie ją do jednego z domów przy targu - powiedział chłodno. - W porze, gdy Jezus naucza w Świątyni.
- A co potem? - zapytał któryś pół żartem.
— Potem przyjdziemy my. Z Prawem. I z ludem. Postawimy ją przed Jezusem. I każemy Mu wybierać: sprawiedliwość czy miłosierdzie. Albo ją potępi — i przestanie być tym, który rzekomo przynosi przebaczenie. Albo ją uniewinni — i wystąpi przeciw Mojżeszowi.
Szymon zatarł ręce. Czuł się znowu panem sytuacji. Nie zauważył, że mówi jak oskarżyciel.
Nie rozpoznał, że stanął po stronie oskarżyciela świata.
Gdy przyszedł odpowiedni moment, zaaranżował wszystko.
Zapłacił mężczyźnie — żonatemu handlarzowi z Tyru — by zaprosił Marię do swojego mieszkania pod pretekstem rozmowy o zakupie jej haftów. Ustawił świadków, odpowiednio dobranych: chciwych, złych, posłusznych. Czekali w ukryciu, a gdy nadeszła godzina — wtargnęli.
Maria nie podejrzewała, że to pułapka. Mężczyzna, który mówił do niej łagodnie, który wyglądał jak klient, miał już dawno ustalony sygnał. I kiedy rozległo się pukanie do drzwi, jej serce zamarło.
Drzwi się otwarły gwałtownie. Weszli faryzeusze, starsi ludu, dwóch świadków. Jeden wskazał na nią palcem. Drugi wyjął rulon z fragmentem Tory.
- Zostaliśmy wezwani, by ujrzeć na własne oczy - oto kobieta pochwycona na gorącym uczynku cudzołóstwa! A Prawo Mojżesza mówi, że taką ukamienujesz!
Nie było pytania o winę. Nie było pytania o mężczyznę. Tylko ona była oskarżona. A mężczyzna, który był z nią, teraz stał cicho w cieniu.
Wieść szybko się rozeszła. Wśród krzyku motłochu, opluwań i złorzeczeń została pociągnięta przez ulicę, bez słów, bez szansy na obronę. A faryzeusze nieśli jej ciało jak kamień, którym chcieli rzucić… w Niego.
***
Był poranek. Jezus nauczał lud, siedząc u wschodnich schodów Świątyni. Słońce oświetlało Jego twarz, a cisza Jego słów przyciągała serca. Aż rozległ się hałas. Krzyk. Cichy szloch.
Wciągnęli Marię w sam środek tłumu. Rzucili ją na ziemię, a wokół niej kłębił się tłum z kamieniami w dłoniach.
Szymon stał nieco z tyłu, w cieniu. Ale Jezus wiedział.
- Rabbi - krzyknął jeden z uczonych, udając oburzenie. - Tę oto kobietę pochwycono na cudzołóstwie. Zgodnie z Prawem Mojżeszowym winna jest śmierci. A Ty co mówisz?
W ciszy słychać było oddech tłumu. W tej jednej chwili Szymon był pewien swego zwycięstwa. Wiedział, że jeśli Jezus każe ją uwolnić — nazwą Go bluźniercą. A jeśli każe ją zabić — zniszczy własne nauki.
Ale Jezus nie odpowiedział. Cień świątynnego krużganka padał na Jego postać. Ukląkł i palcem pisał coś na ziemi, litery, których nikt nie potrafił odczytać. Może były to imiona. Może grzechy.
A potem wstał. Spojrzał na tłum, a potem prosto na Szymona. I powiedział:
- Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Nikt się nie poruszył. Cisza stawała się cięższa niż kamień. Jedna po drugiej ręce zaczęły opadać. Jeden po drugim ludzie odchodzili, zaczynając od najstarszych. A Jezus wciąż patrzył na Szymona.
Szymon zbladł. Wiedział, że Jezus wie wszystko. Nie tylko o intrydze, o kłamstwie, ale o jego życiu — o spojrzeniach, które rzucał kobietom. O pieniądzach. O myślach, które miał nocą. O pustce. O zazdrości. Dłoń trzymająca kamień drżała spazmatycznie. Nie mógł rzucić. Kamień upadł na ziemię, a Szymon odszedł, nie spojrzawszy nawet za siebie.
Jezus pozostał sam z Marią. Kobieta wciąż klęczała. Jej włosy przylgnęły do spoconego czoła, a oczy miała zamknięte. Czekała na uderzenie.
Jezus podszedł.
- Kobieto - zapytał. - Gdzie są twoi oskarżyciele?
Rozejrzała się.
- Nie ma ich, Panie.
- I Ja cię nie potępiam - rzekł Jezus dotykając jej policzka. - Idź i nie grzesz więcej.
Uśmiechnęła się. Jego dotyk był dotykiem miłości i przebaczenia i wiedziała, że na zawsze będzie On dla niej niezgłębioną radością, którego zawsze będzie nazywać - Rabbuni… mój nauczycielu.