Była niewyspana. Ta noc należała do cięższych. Spała może godzinę, choć miała wrażenie, że jest na chodzie już trzecią dobę bez przerwy. Zmęczone powieki jednak nie ciążyły, piekły jedynie, jakby ktoś wsypał pod nie drobny piasek. Błądziła wzrokiem pomiędzy oknem a drzwiami jak zahipnotyzowana: drzwi, okno, okno, drzwi. Miała coś smutnego w spojrzeniu, taki rodzaj nostalgii za czymś utraconym. W prawej ręce trzymała zieloną łodygę jakiegoś kwiatu. Powoli obracała nią między palcem wskazującym a kciukiem.
Po sali pubu roznosiła się cicha rockowa muzyka, w której dominował dźwięk gitary elektrycznej i perkusji. Jak zwykle w południe ludzi było niewiele, zaledwie kilka osób siedzących przy stolikach i barze. Zza długiej niklowanej lady spoglądał w jej stronę wysoki i dobrze zbudowany barman. Przyjrzał się dziewczynie, robiąc przy tym zamyśloną minę. Widywał już ją tu kilka razy, głównie wieczorem, gdy schodzili się tam hałaśliwi studenci. Był prawie pewien, że była jedną z nich. Zjawiali się grupami po kilkanaście osób, aby uczcić jakiś zdany egzamin i spędzali w pubie czas do późnej nocy, krzycząc, żartując, śpiewając, a nawet grając w jakieś zespołowe gry.
Dziewczyna wydała mu się interesująca. Obserwował jej błędny, biegający jak za ruchem niewidzialnego wahadła wzrok. Nie wyglądała za dobrze i zauważył to.
– Pewnie naćpana – pomyślał barman. – Dzisiaj tylu młodych ćpa, że to już przestaje dziwić.
Pokręcił nieznacznie głową w geście politowania. W swoim życiu widział wiele takich młodych i ładnych dziewcząt, które przychodziły do pubu. Zadbane i dobrze ubrane, z zaczepną miną, pewnością w głosie i wdziękiem, umiejętnie wykorzystujące to, w co wyposażyła je młodość. Tak radosne i pragnące przeżycia przygody, która skutecznie kończyła się dla nich po kilku godzinach, gdy lądowały przed pubem na chodniku z głową umoczoną we własnych wymiocinach.
Oczy dziewczyny skierowały się w stronę barmana. Zauważyła, że jej się przygląda, lecz nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Wróciła wzrokiem z powrotem na okno, a zaraz potem na drzwi. Za okienną szybą widać było przechodniów. Było to nisko położone, duże i szerokie okno, zamknięte w masywną, metalową ramę. Oglądała każdego przechodzącego przed budynkiem pubu, mając nadzieję, że wypatrzy wśród nich tego, na kogo czekała.
Drzwi otworzyły się. Ścisnęła palce na trzymanej łodydze, tak, że na opuszkach poczuła wypływający z rośliny sok.
– Nie, to nie Grześ – westchnęła w myślach.
Jakiś niski mężczyzna wszedł do środka i skierował się w stronę lady. Wróciła szybko do obserwacji przechodniów, aby żaden nie umknął jej uwadze. Przez myśli przewijały jej się wydarzenia ostatniej nocy. Było w niej tyle emocji, że była jak gorący gejzer tuż przed erupcją.
Lewą dłonią dotknęła swojego policzka. To po nim Grześ lubił ją głaskać. Pocierał go zewnętrzną stroną swojej dłoni i nazywał ją wtedy „kwiatuszkiem”. Nie należała do naiwnych dziewczyn i nie łapała się na pierwszy lepszy komplement. Bycie kwiatuszkiem traktowała raczej jako słowną pieszczotę, coś jak czuły pocałunek, niż jako faktyczne jej zdrobnienie.
Pamiętała, gdy pierwszy raz tak ją nazwał. To było w parku, kilka dni po tym, jak się poznali. Myślała wtedy o nim jak o kimś, z kim można spędzić miło czas. Nie przypuszczała, że zostanie jego „kwiatuszkiem” i wtedy wydawało jej się to śmieszne. Parę spotkań później nie wyobrażała sobie tego, że kiedykolwiek mogłaby kwiatuszkiem nie być.
– Gdzie on jest? – pytała się w myślach. – Musiało mu wypaść coś naprawdę ważnego.
Odłożyła łodygę kwiatu na blat stolika i przetarła dłońmi zmęczone oczy. To na nich najbardziej odciskał się wysiłek, jaki przez ostatnie dni włożyła w naukę. Długie noce spędzone nad książkami z trudnych dla niej przedmiotów dawały o sobie znać. Mechanika, fizyka czy analiza matematyczna były przedmiotami, których nie znosiła, a których znajomość potrzebna była jej do zaliczenia czwartego semestru. Nie czuła zapału do tych dziedzin, choć w szkole średniej podpowiadali jej, że jest z tego dobra. Gdyby tylko mogła, studiowałaby jej ulubioną filozofię, jednak realia, czy dosadniej formułując, zwykła ludzka bieda sprawiły, że trafiła na Politechnikę. W domu na słowo „filozofia” ojciec, jak hinduską mantrę, powtarzał swój wywód o tym, w jakich zawodach kończą absolwenci filozofii. Nie mogła się z nim nie zgodzić i słuchając rad ojca, czuła się trochę jak statek, który zamiast sunąć przed siebie z wiatrem, ociężale wyruszał w podróż pod wiatr.
– Wystarczy, że my cierpimy biedę – mawiał ojciec. – Ciebie stać na więcej.
Drzwi pubu znów się otworzyły, a jej wzrok momentalnie pobiegł w tamtą stronę. Jakieś dwie kobiety weszły do środka. Zacisnęła wargi z rezygnacją.
– Gdzie jesteś, Grzesiu? – zapytała samą siebie.
W prawym boku, na wysokości kieszeni spodni poczuła lekkie mrowienie. Gapiła się tępo w stronę drzwi i nie zwracała na to uwagi. Dopiero po chwili, gdy wibracja nasiliła się, uświadomiła sobie, że to dzwoni jej telefon. Szybkim ruchem wyciągnęła aparat i spojrzała na taflę ekranu, na której widoczne było zdjęcie roześmianej dziewczyny o rozpuszczonych rudych włosach. Przeciągnęła kciukiem po ekranie i przystawiła słuchawkę do ucha.
– Tak? – zapytała cicho.
– Zuza! Hej – odezwał się kobiecy głos w słuchawce. – Gdzie ty się podziewasz?
– Jestem w Pinolago – odpowiedziała.
– Aha. Słuchaj. Newsa mam – głos mówił z emocją. – Ludzie mówią, że podobno dzisiaj mają być wyniki.
Na słowo „wyniki” poczuła na plecach dreszcz. Nie musiała pytać o to, z jakiego przedmiotu będą wyniki, bo wiedziała, że chodziło o trzeci termin z mechaniki. Najtrudniejszy i najważniejszy egzamin tamtego roku, bez którego zaliczenia nie można było iść dalej. Gdyby go nie zdała, to byłby dla niej już koniec. Coś podobnego przeżyła już w zeszłym semestrze, gdy nie zdała algebry i skorzystała z możliwości przejścia warunkowego. Tym razem nie było już opcji warunkowego przejścia dalej. Dwa pierwsze podejścia oblała, podobnie jak większość jej roku. Ten trzeci termin miał być rozstrzygającym.
– Dzisiaj? – zdziwiła się Zuza. – Przecież miały być dopiero w przyszłym tygodniu?
– Tak. Dzisiaj – odparł głos. – Przyjdziesz do nas? Jesteśmy wszyscy przed wydziałem.
– O, szlag jasny. Nie mogę się ruszyć – westchnęła.
– Jak to nie możesz?
– Czekam na kogoś – wyjaśniła.
– O, proszę – rzekł głos z zaciekawieniem. – To Grześ, jak znam życie?
– Tak, Grześ.
– Ach, ten słodziaszek. Widziałam go dzisiaj.
Zuza aż podskoczyła na krześle. Podniosła z blatu stołu łodygę kwiatu i ścisnęła ją w kostkach między palcami.
– Gdzie go widziałaś? Kiedy?!
– Jakąś godzinę temu przy dziekanacie.
Na twarzy Zuzy zarysował się smutek. Spojrzała na zegarek, który wskazywał godzinę za kwadrans trzynasta. Czas od godziny dwunastej, na którą była z nim umówiona, przebiegł jej bardzo szybko tak, że dopiero wtedy uzmysłowiła sobie, jak długo czekała.
– Jak go spotkasz jeszcze, to przypomnij mu, że czekam na niego w Pinolago.
– Okej – rzekł głos. – Zadzwonię do ciebie, jak będą już wyniki.
– Dzięki.
– Zuza?
– Tak?
– Wszystko u ciebie w porządku? Masz smutny głos.
– Tak, w najlepszym porządku – odetchnęła głęboko. – To może przez ten egzamin – dodała.
– Aha. Nie przejmuj się tak. Podobno na trzecim wszyscy zdają. Mówił mi to jeden kumpel z trzeciego roku.
– Na pewno. Trzymaj się – pożegnała się i rozłączyła rozmowę.
Powoli oblizała wąskie wargi. Miała wrażenie, jakby czuła na nich jeszcze drętwy smak poduszki, którą zagryzała w nocy, aby nie wydać okrzyku. W tamtych chwilach chciała, aby ktoś z nią był, trzymał za rękę, czy najzwyczajniej przytulił do siebie. Po jej twarzy polało się wiele łez, które drobnymi strużkami ściekały po policzkach, gdzie następnie zostały wchłonięte przez materiał poduszki. Na to wspomnienie do jej oczu znów napłynęły ciężkie łzy. Otarła je szybko rozglądając się, czy nikt tego nie zauważył. Przy barze barman rozmawiał z niskim mężczyzną, a przy stolikach klienci wyglądali na zajętych sobą, a nie nią. Odetchnęła cicho.
Z chwili na chwilę czuła się coraz bardziej bezradnie. Już przestała wypatrywać przechodniów za oknem i gapiła się tylko w stalowe drzwi. Gdyby mogła zadzwonić do Grzesia, wszystko byłoby łatwiejsze. Obiecała mu, że nie będzie dzwonić. To było trzy tygodnie temu, mniej więcej przed pierwszym terminem egzaminu z mechaniki. Wtedy to powiedział jej, że ma jeszcze innego „kwiatuszka”.
Nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że może być jeszcze jakiś kwiatek. To było dla niej niemożliwe. Tamtego wieczora, gdy się o tym dowiedziała, poczuła, że świat się dla niej zawalił. Jeszcze kilka dni wcześniej wszystko było takie piękne: spacery, rozmowy, czułości, a potem wszystkie razem zaczęły osuwać się jak piaskowy zamek na deszczu, aż nie zostało po nich nic.
– Przyjdź już, Grzesiu – prosiła w myślach. – Proszę, przyjdź.
Odłożyła łodygę na stół. W policzkach czuła gorąco, jakby skóra piekła od jakiegoś poparzenia. Równie rozpalone miała czoło. Bardzo chciała z kimś porozmawiać. Obejrzała się na boki, jakby w poszukiwaniu kogoś, do kogo mogłaby coś powiedzieć. Barman nadal rozmawiał z niskim mężczyzną, gestykulując przy tym szeroko dłońmi. Dwie rozweselone pary siedziały trzy stoliki obok.
– Jesteś tam? – pomyślała. – Puk, puk. Wiem, że tam jesteś ...Panie Boże. Nie ma Grzesia, ani nikogo. Pogadam z Tobą. Nie wiem, co mogę Ci powiedzieć ponad to, że jest mi źle. Nie znam się na religii, zresztą wiesz, że zawsze miałam ją gdzieś. Jaki Ty jesteś? Ludzie mówią, że jesteś dobry. To prawda? Patrząc na dzisiejszy świat, trudno w to wierzyć. Ale jak ludzie tak mówią, to może tak jest? Chciałabym, abyś był dobry.
Sięgnęła ręką po szklankę, w której moczyła się mała papierowa torebka ekspresowa z herbatą. Kolor roztworu był mocno brunatny, prawie czarny. Nie zważała na to i wzięła solidny łyk. Zimna ciecz przyjemnie ochłodziła jej przełyk.
– Czy ja już zwariowałam, że rozmawiam z Tobą? – pomyślała. – Gdyby był tu Grześ, wszystko byłoby proste. A tak, siedzę i gadam z Tobą. Pewnie znasz moją mamę, bo ona często modli się do Ciebie. Potrafi modlić się nawet godzinę. Ja tak nie potrafię. Właśnie, zaraz, zaraz. Podobno można Cię prosić o coś i Ty to spełniasz. Jest tak? To się chyba nazywa „intencja”. Chciałabym, aby był tu Grześ. Bardzo bym chciała. Potrafisz to spełnić?
Muzyka w sali przestała grać i na pierwszy plan wysunął się gwar rozmów. Barman pstrykał przyciskami na zestawie audio, próbując zmienić płytę. Kilka głów odwróciło się w stronę baru, jakby wymownie próbując zwrócić uwagę, aby znów coś zagrało. Po kolejnych kilku psytryknięciach w sali na powrót rozbrzmiały dźwięki gitar i perkusji.
Głowa Zuzy uniosła się znad blatu stolika, bo drzwi pubu się otworzyły. Nawet nie musiała przypatrywać się, kto to. Ścisnęła dłoń w pięść, łamiąc przy tym łodygę kwiatka. W jej głowie poczuła dudniące pulsowanie krwi.
Grześ wypatrzył ją od razu. Siedziała przy stoliku niedaleko okna i wpatrywała się w niego. Uśmiechała się z lekkim zdenerwowaniem, jak ktoś zakłopotany. Podszedł do jej stolika. Na powierzchni stołu zobaczył porozrzucane dziesiątki małych, białych płatków, a pośród nich złamaną, nagą łodygę.
– Cześć, Zuza – przywitał się.
– Cześć – odpowiedziała z emocją.
Usiadł na przeciwległym krześle. Zuza starała się opanować. Nie chciała pokazać mu, jak bardzo jest przejęta tym spotkaniem.
– Co tu się stało? – rzekł, wskazując dłonią na rozsypane płatki.
– A – machnęła lekko dłonią. – Taka głupota. Grałam w kocha - nie kocha.
Grześ uśmiechnął się na te słowa i równie pogodnie zapytał:
– I co? Jaki wynik?
– Nie pytaj – rzekła i posmutniała.
Przyjrzała się jego dłoniom, które splecione palcami spoczywały przed nią. Powoli wyciągnęła otwartą dłoń, by ich dotknąć. To nimi miał w zwyczaju pocierać jej policzek. Teraz zauważyła, że na serdecznym palcu założoną miał obrączkę.
– Głupi drań – pomyślała. – Gdyby nosił ją stale, to wszystko by się nie wydarzyło. Ale ja mu wybaczam, wszystko mu wybaczam.
Gdy dotknęła jego palców, odsunął je.
– Słabo wyglądasz – zauważył.
– Wiem. I tak się też czuję.
– Coś się stało?
– Miałam ciężką noc.
Przez chwile żadne z nich nic nie mówiło.
„Słyszysz? Twój kwiatuszek miał ciężką noc. Słyszysz?” krzyczała w myślach, a jej usta pozostały nieme.
– Po co chciałaś, abym przyszedł? – Grześ spoważniał.
Na te słowa odwróciła głowę w stronę okna. W kieszeni znów poczuła mrowienie. Wyciągnęła telefon i odebrała rozmowę.
– Tak? – rzuciła do aparatu.
W głośniku telefonu słychać było jakiś gwar, jakby wiele osób mówiło naraz.
– Zuza! Właśnie wywieszają wyniki – powiedział głos.
– I jak? – zapytała.
– Czekaj, tylko się dopcham… – urwał głos w słuchawce.
– Czekam.
– Jest! – głos niemal zapiszczał.
– Co jest?
– Zdałam! – zawołał głos. – Czekaj. Sprawdzam teraz ciebie…
– No, mów – Zuza odpowiedziała spokojnie.
– Jest! – głos znów zapiszczał głośno.
– Co? Zdałam?
– Tak! Znaczy się… zaraz... to inna Zuzanna. Czekaj…
– I co?
– Nie, nie ma cię – odpowiedział głos i spoważniał. – Tak mi przy… – nie dokończył, bo Zuza się rozłączyła. Pobladła na twarzy tak, że Grześ złapał ją za dłoń i zapytał:
– Potrzebujesz pomocy? Naprawdę kiepsko wyglądasz.
Popatrzyła gdzieś daleko poza okno i wydawała się być nieobecna. Nie chciała na niego patrzeć, aby w jednej chwili się nie rozpłakać.
– Po co chciałaś, abym przyszedł? – Grześ powtórzył.
– Jestem twoim kwiatuszkiem, prawda? – zapytała, nie spuszczając wzroku z okna.
Nie chciał odpowiadać. Puścił jej dłoń i oparł się na krześle. Już raz widział ją tak smutną. To było wtedy, gdy powiedział jej o tym, że jest żonaty. Od tamtej pory przestali się spotykać.
– Jestem, prawda? – zapytała naiwnie.
Grześ nadal milczał. Potarł dłonią po brodzie, na której nosił dwudniowy zarost.
– Czemu pytasz? – zapytał.
Do oczu Zuzy napłynęły łzy. Znów złapała łodygę kwiatka i zacisnęła na niej dłoń.
– Bo twój kwiatuszek… – urwała. – bo twój kwiatuszek... będzie miał małego kwiatuszka.
Po twarzy Grzesia jak za uderzeniem bata rozszedł się w poprzek wyraz zaskoczenia. Jego oczy zrobiły się duże i okrągłe jak dwie małe piłeczki. Przetarł palcami po głowie, jakby chciał zrzucić z niej niewidzialny łupież.
– Żartujesz? – zapytał niepewnie.
Pokręciła przecząco głową, a po jej policzku spłynęła pierwsza łza.
– Wiesz to na pewno?
Zuza sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła z niej próbnik testu ciążowego. Położyła go na stole. Z wielką nadzieją obserwowała, co Grześ teraz zrobi.
– Kiedy robiłaś test?
– Dziś w nocy.
– To niemożliwe – Grześ wyrzucił z siebie, kręcąc głową.
– Zostaniesz ze mną? – zapytała wprost.
Pod tym pytaniem krył się jej cały strach. Niczego nie bała się tak bardzo, jak odpowiedzi na to pytanie. To ono powodowało, że ta noc była najtrudniejsza. Studia, dziecko, z tym wszystkim poradziłaby sobie. Jedyne, z czym nie mogła wygrać, to Grześ. Obserwowała go, jego reakcję, to co teraz powie.
– Nie – odparł nerwowo i wstał z krzesła.
Widziała, jak odchodzi od stolika, a po chwili znika za drzwiami pubu. Opuściła wzrok na stół, który jak tamtej nocy poduszka, przyjmował słone krople. Zwiędnięta łodyga wysunęła się bezwładnie jej z ręki i upadła na podłogę. Znów była sama i znów nie miała nikogo, do kogo mogłaby coś powiedzieć. Siedziała tak długą chwilę.
– Jesteś tam? – zapytała w myślach – Panie Boże, wiem, że jesteś. To Ty sprawiłeś, że Grześ przyszedł. Prosiłam Cię o to. Tylko, że to wszystko nie ma sensu. Grześ woli swojego kwiatuszka niż mnie. Zjawił się w moim życiu jak jakiś buldożer i zmiażdżył wszystko, zostawiając gruzy. Jeżeli jesteś, to pokaż mi, od czego zacząć. Pokaż jak…
Przerwała, bo przed nią wyrosła jakaś postać. Powoli uniosła głowę do góry, aby zobaczyć kto to.
– Potrzebuje pani pomocy? – zapytał barman.
Rozejrzała się i zobaczyła, że kilka osób spogląda w jej stronę. Musiała naprawdę źle wyglądać, siedząc tak i płacząc. Pospiesznie zaczęła ocierać mokre powieki.
– Nie, dziękuję – odparła i wstała z krzesła. – Nie trzeba – dodała i udała się w stronę wyjścia.
Pub położony był przy głównym deptaku miasta. Jak każdej soboty przechodziło tam wiele osób. Było bardzo ciepło jak to zwykle w końcówce czerwca. Silne popołudniowe słońce prażyło mocno, przeganiając przechodniów w stronę cienia.
Ruszyła przed siebie. Nie wiedziała gdzie iść i co robić. Nie zależało jej już na niczym. Z każdym krokiem coraz mniejszą miała ochotę, aby iść dalej. Nawet huczenie w głowie ustało, pozostawiając uczucie niemej i brzęczącej pustki.
Idąc tak powoli, gdzieś w głowie usłyszała spokojną, serdeczną myśl. Była ona bardzo cicha, ale z każdym krokiem stawała się odrobinę głośniejsza. Skądś znała ten ton i była pewna, że kilka razy słyszała już go w życiu. Głos był łagodny i zachęcający.
– Skończyć ze sobą? – powtórzyła za tamtą myślą. W tamtym momencie myśl ta wydała jej się całkiem kusząca. Niczego nie pragnęła tak bardzo jak tego, aby ten cały ciąg tragicznych wydarzeń już się zakończył. To wydawało jej się takie proste – po prostu przestać być. Serce zabiło jej mocniej.
– To takie łatwe – powtarzał serdeczny ton.
Zawirowało jej w głowie od emocji.
– Tak, to było coś – pomyślała. – Wtedy, gdy nie ma wyjścia, zawsze jest to jedno wyjście, jak furtka ratunkowa. Zwykłe przestać być, które przeniesie mnie tam, gdzie nie będzie boleć. Przestać być – powtarzała.
Serdeczny głos wtórował jej rozmyślaniom, a ona chciała to zrobić jak najszybciej. Przez głowę przechodziły jej różne myśli, jak ze sobą skończyć. Ton podpowiadał, że najbliżej była kolej.
Przyspieszyła kroku, wymijając kolejnych przechodniów. Przed sobą miała już tylko jakiś nieduży stragan, a przy nim kilka osób rozdających ulotki. Próbowała ich wyminąć i nie dać się zaczepić. W głowie jak z nakręconej płyty powtarzały jej się słowa „Przestać być”. Kilka metrów przed nią stanęła jakaś kobieta, która jakby wypatrzyła ją w tłumie. Zuza zmieniła nieco drogę, aby się na nią nie natknąć, lecz kobieta jakby przeczytała jej w myślach, co chciała zrobić, i także zmieniła stronę. Wreszcie stała już przy niej.
– Dzień dobry! – zawołała kobieta z ulotkami i wyciągnęła w jej stronę nieduży biały kartonik. – Może pożyczy sobie pani dobre słowo? – wskazała na stragan.
Ze stojaka przed stoiskiem dowiedziała się, że to jakaś obwoźna wypożyczalnia.
– Przestać być – ochoczo powtarzał ton, który brzmiał już teraz jak bęben wybijający rytm. Obojętnie wzięła od kobiety kartonik i nie zwalniając kroku, poszła dalej w stronę przejazdu kolejowego.
Wyszła ze ścisłego centrum miasta i omijając budynek stacji kolejowej, dotarła wreszcie na upragnione tory. Głos w głowie już nie mówił serdecznie, a wrzeszczał do niej wściekle. Pulsowanie w czaszce i szyi wróciło ze zdwojoną siłą. Nie sądziła, że to będzie jej ostatni dzień. Nie sądziła, że właśnie taki będzie – smutny i gorzki. Przebiegła myślą po ostatnich wydarzeniach, a wrzask w głowie bezwzględnie pokazywał, dlaczego warto skończyć to wszystko.
Nagle poczuła lekko ścierpnięty palec kciuka. Podniosła dłoń przed siebie i zobaczyła, że nadal trzyma w palcach kartonik, zupełnie tak samo, jak jeszcze kilka chwil temu w pubie trzymała zwiędniętą łodygę. Mały, biały kawałek papieru, który otrzymała przy stoisku. Spojrzała na niego i powoli przeczytała z kartonika kolorowy napis, który układał się w słowa „życie ma sens”.
Rozpłakała się. W tamtej chwili przypomniało jej się, jak ostatni raz rozmawiała w pubie z Bogiem. Prosiła go o to, aby wskazał jej, od czego ma zacząć i czy w ogóle jest od czego.
– Życie ma sens – przeczytała raz jeszcze z kartonika i myśl ta wydała jej się taka prawdziwie serdeczna, jakby pochodziła od bliskiej i dobrej osoby. Była to odpowiedź na jej modlitwę. Jeżeli miała od czegoś zacząć, to chciała właśnie od tego.
– Jesteś tam? – zapytała w myślach. – Wiem, że jesteś – pomyślała i ocierając łzy, udała się w stronę domu.